Przez pryzmat lat

baner górny

Kronika domu szczęśliwych kotów

7 styczeń 2012     Zaginione koty

I chyba jest już za późno....
Amaretto zaginął. Nie wrócił do domu od dnia poprzedzającego Sylwestra. Nie pojawił się u mnie ani u swojej pani; nikt nie widział, aby przychodził na jedzenie. Zostawiam na noc na tarasie miseczki z jedzeniem – rano pozostają nienaruszone. Nawołuję go regularnie, spacerując po okolicznych ulicach – bez rezultatu. Jego pani chodzi z psem na teren po drugiej stronie osiedla, nawołując kota i też nic. Boję się, że już naszego pięknego kocurka nie zobaczymy. Do tej pory najdłużej nie było go przez 2 dni, teraz już minął tydzień... Co się mogło z nim stać? Nawet, jeżeli przyjmiemy, że kot gdzieś się jeszcze dokarmiał w grudniu, gdy bywał u mnie rzadko, to przecież powinien chociaż się pokazać. Chyba, że znalazł sobie nowy dom, w którym czuje się bezpiecznie, śpi w nim i w ogóle opuścił nas, ustępując miejsca silniejszemu kocurowi. Ale nie sądzę, żeby kotu udało się tak szybko zaaklimatyzować u kogoś innego – Amaretto jest nieufny i bardzo bojaźliwy.

Amaretto

Więc może zagubił się w Sylwestrową noc, gdyż, jak mówi jego pani, bał się strzałów. Może wystraszony fajerwerkami pobiegł gdzieś na oślep i teraz błąka się, nie mogąc znaleźć drogi powrotnej. A może po prostu zginął pod kołami samochodów na pobliskiej, ruchliwej ulicy, która do niedawna jeszcze była pusta i bezpieczna. Przez pół roku po jezdni nic nie jeździło i koty przyzwyczaiły się do tego. Gdy ruch uliczny wrócił znowu na naszą ulicę, bałam sie, czy nie poskutkuje to dla naszych kotów jakimiś nieszczęśliwymi wypadkami.
     Hipotezy można mnożyć a ja z każdym mijającym dniem tracę nadzieję, że kot żyje i wróci do nas. Jest mi strasznie smutno – to kolejne, piękne, wspaniałe zwierzę, które lubiłam i o które się troszczyłam i które teraz tracę. W dodatku Amaretto przypominał mi swego tatę, a mojego utraconego Łobuzka. Buzuka nie ma już od 3 tygodni i też coraz bardziej jestem przekonana, że nie dowiem się, co się z nim stało. Rozwiesiłam ogłoszenia o obu kotach w okolicy i umieściłam w Internecie – na razie bez rezultatu.

Amaretto   Buzuki
Amaretto i Buzuki - dwa piękne kocury, o które troszczyłam się bardziej, niż o kotki - odeszły z konieczności, czy zginęły?

Bandżo Poszłam oczywiście również na teren za naszym osiedlem, nawołując koty. Teren już został w większości wykarczowany, a miły pan, który się tym zajmuje uciszył się, że może mi pomóc.
„-A tak widziałem takiego czarnego kota, leciał od strony budowy przejazdu do waszych domów. To wielki kot, nie dał się pogłaskać, ale jaki on odważny – tu chodzi taki pan z psami i on się tych psów w ogóle nie boi”. Aha, no to jeżeli się nie boi, to nie jest to Amaretto, tylko Bandżo. Spotkany chwilę później pan z psami potwierdza:
„-Tak, spotykam tu czasem takiego wielkiego kota, jak siedzi na ścieżce i ani myśli ustąpić pola moim psom. To zadziwiające, na ogół koty uciekają przed psami”. A czy widział takiego mniejszego, uciekającego przed psem? Nie.

Jeśli chodzi o Bandżo, to boi się chyba tylko jednego. W Sylwestra tuż przed północą przyleciał do nas, prosząc o wpuszczenie. Zawołałam Amaretta – bezskutecznie, więc wpuściłam Bandżo. I dobrze zrobiłam, bo kolejny kot by przepadł. Bandżo bał się fajerwerków, miotał po domu: góra – dół. Nie mógł sobie miejsca znaleźć. Warczał i z przerażeniem spoglądał na okna, za którymi wybuchała jasność. W końcu zabrałam go do piwnicy i zamiast wyjść przed domu i podziwiać sztuczne ognie, uspokajałam kota, głaszcząc i karmiąc mięsem. Co ciekawe nasze kotki w ogóle się nie przestraszyły, tylko całe zamieszanie przespały. Dopiero około w pół do pierwszej, gdy do domu wrócili goście sylwestrowi naszej córki, a na dworze ucichło, wypuściłam Bandża z domu.
    A może wtedy właśnie przerażony Amaretto oddalał się od domu w nieznajomą przestrzeń?...

Czy dom, który stworzyłam, może jeszcze nazywać się domem szczęśliwych kotów? Chciałam, aby te piękne, jedyne w swoim rodzaju stworzenia, które do nas trafiły, miały tu bezpieczne schronienie, gdzie można się bezstresowo przespać, dostać miseczkę jedzenia a czasem nawet przysmaki, otrzymać drobną pomoc lekarską w razie potrzeby czy uwolnić się od kleszczy i innego robactwa. Aby mogły tu żyć po swojemu, obok siebie a jednocześnie razem oraz wyjść, kiedy będą chciały i iść dalej swoją drogą. Wydawało mi się, że mi się to udało. Cieszyłam się każdym powracającym kotem, mając nadzieję, że mój Łobuz, jeżeli jeszcze żyje, też trafił na dobrych ludzi. Wbrew pozorom wcale nie jest to dla wychodzącego kota łatwe. Poszukując w okolicy, wśród domów jednorodzinnych, moich zaginionych zwierząt skonstatowałam, że 3 domy na 4 chronione są przez psy i to takie agresywno – ujadające. W ilu spośród pozostałych domów ludzie skłonni są dokarmiać koty i nie przeganiać ich ze swoich posesji. Wcale nie ma ich tak dużo. I te nieliczne, przyjazne domy dobrze znane są okolicznym kotom. Niekoniecznie dzikim. U nas większość kotów wychodzących, to koty domowe, szczepione, odrobaczane, szczęśliwe w swych rodzinach, których właściciele zdecydowali się dać im możliwość naturalnego swobodnego życia, szanując ich pragnienie wolności i ciekawość świata.

Koteczki (a prawie wszystkie są wysterylizowane – bo co robić z powiększającą się corocznie gromadką kocich dzieci) trzymają się domu bliżej. Niektóre, jak Redsina, nie chcą w ogóle wychodzić z domu, chociaż mogą a inne, jak Metaksa, przychodzą do domu tylko na spanie i to w sezonie zimowym. Kocury muszą mieć większą przestrzeń. Zwłaszcza te nie wysterylizowane. I niestety żyją krótko – Prążek niecałe 2 lata, Łobuz, gdy zaginął miał lat 4, tak samo jak Buzuki. Prawie tyle samo ma Amaretto. I każdy właściciel musi kiedyś podjąć decyzję, czy woli, aby jego kot był bezpieczniejszy, ale wbrew naturze pozbawiony męskości, czy woli, aby cieszył się pełnią swego kociego życia, wliczając w to również możliwości walki o prymat na swym terenie i niebezpiecznego oddalenia się od domu.

Ja kiedyś nie mogłam się zdobyć na sterylizację Łobuza, bo nie chciałam ingerować samolubnie w naturę i szanowałam prawo do pełnego życia mojego ukochanego kota i teraz żałuję – może jeszcze byłby przy mnie, gdybym podjęła na czas taką decyzję.
    A czy koty, które mieszkają u nas i odwiedzają nas można jeszcze nazwać szczęśliwymi? W dalszym ciągu mogą w naszym domu szukać schronienia, lub go opuścić, jak wolą.
    Czy Buzuki i Amaretto są teraz bezpieczne i zdrowe? A może już doszły do końca swej kociej przygody na tym świecie? I tylko ja jestem nieszczęśliwa, gdy nie wracają i nie wiem, jak im mogę pomóc czy jeszcze mam szanse kiedykolwiek je zobaczyć...

Prążek  Łobuz  Amaretto
Prążek zginął w Wigilię, Łobuz zaginął w dniu urodzin mojego syna a Amaretto nie pokazał się od Sylwestra. To jakieś okrutne fatum

8 styczeń 2012     Pożegnanie Amaretta

Niestety córeczko, wygląda na to, że pochowałam dziś Amaretka.
    Rano zadzwoniła do mnie pani, informując o kocie, który od kilku dni leży zabity na trawie niedaleko wjazdu do osiedla. Poszłam i zobaczyła kota, który niestety wyglądał jak Amaretto. Wszystko się zgadzało - wielkość, kolor futra i to, że przechodziło w kierunku skóry do siwego, jego miękkość i nawet kilka białych włosków na gorsie. Co on tam robił? Czy rzeczywiście uciekał przed fajerwerkami, zagubił się i po paru dniach wracał zmęczony i głodny i zginął pod samym osiedlem? Musiał zostać potrącony przez samochód. Stało się to, czego się obawiałam w związku z zakończeniem budowy i puszczeniem tu z powrotem samochodów. Boję się, że tak samo mógł zakończyć Buzuczek, który mieszkał jeszcze bliżej drogi.
    Twój tata mówi, że ja czarnymi myślami "ściągam" złe wydarzenia i że już uśmierciłam Amaretta wcześniej. Ale ja po prostu przewiduję i czasami, niestety mam rację.
    Zaniosłam kota do sąsiadki, jeszcze z lekką nadzieją, że to nie nasz Amaretto, ale po bliższych oględzinach obie stwierdziłyśmy, że biedne zabite zwierzątko wygląda jak on. Pochowałyśmy go razem na jej ogródku, z boku, tam gdzie pies nie będzie mógł się dostać.
    Oczywiście winię się za to, co się stało. Gdybym nie zrobiła domku dla kotów, Bandżo by nie zamieszkał pod tarasem i nie przesiadywałby u nas na ogródku. A Amaretto przychodziłby regularnie do domu i przesypiał całe noce, tak jak to było na jesieni. I przyszedłby do domu w Sylwestra. A poza tym, może w ogóle nie oddalałby się tak daleko.
    Więc znowu wygląda na to, że każdy dobry uczynek obraca się przeciwko mnie.
    Płaczę, bo żal mi było tego kota, zagubionego, odtrącanego, który w ciągu pół roku dwukrotnie mógł się czuć, że traci dom. A poza tym był prześliczny i słodki i przypominał mi nasze koty - futerko miał po tacie Łobuzku, a pyszczek po stryjku Prążku.
    Czy wszystkie te piękne kocurki, które pokochałam, muszą kończyć tak szybko życie, w tak tragiczny sposób?

młody Amaretto    Amaretto w ogródku
Po lewej - Amaretto dziecko, po prawej - Amaretto dorosły

Amaretto śpi   Amaretto przy szopce    Amaretto na ulubiony futrzaku

Amaretto odchodzi
Żegnaj Amaretto

18 styczeń 2012     Cudowne zmartwychwstanie

Siedzę sobie dziś spokojnie w domu, bawiąc się w wysyłanie maili, informujących, że przystąpiłam do konkursu na Blog Roku z moją stroną o podróżach. Za oknem śliczna zima, świeży śnieg, skrzący się w słońcu.Niezbyt zimo, słonecznie, ot tak, jak powinno być zimą. W domu - na kanapie, fotelu, parapecie - śpiące koty. Od czasu, gdy zrobiło się chłodniej a ja mam ferie, spędzają w domu cały dzień. Ponieważ są to same baby, czasami dochodzi między nimi do scysji, gdy podejdą do siebie za blisko. Fukną wtedy na siebie, lub naskoczą, ale krzywdy sobie nie robią. Czasami wpadnie Bandżo, aby przespać się w domu. Jego właściciele wysterylizowali go po tym, jak zginął Amaretto, ale kocur jeszcze łazi po osiedlu, nawołując koteczki.

Bandżo z szopką
Bandżo jest kolejnym kotem zafascynowanym naszą betlejemską szopką

Siedzę więc sobie spokojnie z komputerem na kolanach, patrzę przez okno na taras - kot. Zagląda do środka. Otwieram mu drzwi a on nic - zastanawia się. Po chwili wchodzi i spieszy do kuchni, wskakuje na parapet i zajada chrupki. "Witaj Bandżo" mówię i chcę go pogłaskać, a ten obraca do mnie znad miski pyszczek i fuczy całą gębą. Wzrok ma jakiś kaprawy i fuczenie jest bardzo zdecydowane. Cofam więc rękę. Co jest? Bandżo nigdy na mnie nie fuczy a i oczy ma inne. Co to za kot? Futro jak u Bandża, ciemne, przechodzące ku skórze do białego, ogon długi i szeroki, a jaki ma pyszczek? Nachylam się do kota, ten znowu pyszczek odwraca do mnie i widzę, że jest on okrągły i byłby bardzo łagodny, gdyby nie wyraz oczu. A oczy ma jasno zielone, ale posiadają jakiś diaboliczny wyraz ze względu na dwie blizny na nosku tuż przy nasadzie oka. Kolejny kot, potomek Łobuzka? Skąd się tu pojawił? I nagle błysk olśnienia i nadziei. MOŻE TO AMARETTO?

Trzeba koniecznie sprawdzić, czy ma na gorsie kilka białych włosków! Ale jak? Boję się go dotknąć. A jeśli to on, trzeba go przywitać. Wyciągam mięso. Kot od razu odrywa się od miski i widzę te białe niteczki, tam gdzie powinny być. A i wyraz pyszczka się zmienia, łagodnieje i kot mówi żałośnie „Miauuu”. Tak żałośnie mówił tylko Amaretto.

Więc radość! Myję mięso ciepłą wodą, bo jest zimne, ale on nie czeka, próbuje mi wyrwać je z ręki. Gdy kroję je na kawałki na desce, kot rozszarpuje torebkę foliową, dobierając się do reszty. Przylatują dziewczyny – kot zawsze wyczuje, że w okolicy jest mięso, nawet w najgłębszym śnie. Śmieję się do nich, że mamy ucztę powitalną. Redsina, Metksa i Tekila na podłodze grzecznie czekają na swoją kolejkę a na blacie kuchennym Amaretto (tak, to na pewno Amaretto) miauczeniem pospiesza mnie, żebym dawała głównie jemu. Po dłuższej chwili koty są już nasycone, Amaretto zeskakuje na podłogę, przechodzi obojętnie koło Tekili a ta na niego fuczy. „To tak witasz syna marnotrawnego?” – pytam.

Redsina    Metaksa i Amaretto
Skonsternowana Redsina i Amaretto, przyglądający się Metaksie (zdjęcie dawniejsze, bo dziś z emocji zapomniałam o robieniu zdjęć)

Metaksa zachowuje się inaczej. Jest skonfundowana. Ostrożnie przysuwa się do kota i obwąchuje jego ogon. A kot idzie na obchód pokoju, ale tylko chwilę. Ja siedzę na kanapie i czekam co będzie dalej. Kot znika na schodach na górę i zalega cisza. Poszedł spać?

Wyłączam muzykę, aby mu nie przeszkadzała i siadam przy komputerze. Przyłącza się do mnie Redsina. Piszemy na komputerze. O tym, że żyje. To jakiego kota pochowałyśmy z Sąsiadką w ogródku? Nieznanego syna Amaretta? Cisza.

Po jakiejś godzinie widzę, że przy drzwiach tarasowych staje Bandżo. Przez dłuższą chwilę czeka, by go wpuścić. Ja udaję, że mnie nie ma. Kot odchodzi. Cisza.

Po drugiej godzinie wstaję, aby rozprostować kości. Nieopatrznie staję w oknie. Widzę, przez śnieg leci Bandżo. Leci do mnie. Jak go teraz nie wpuścić?

Idę po cichu na górę. Amaretto leży na łóżku, ale nie śpi. Zamykam drzwi do pokoju i wpuszczam Bandżo. Ten wędruje do kuchni i ładuje się na krzesło. Przymykam drzwi kuchni i wracam do komputera. Na górze i na dole dwa kocury. Ojciec i syn, antagoniści, śpią i nic o sobie nie wiedzą. Cisza.

Przed przyjazdem męża idę odśnieżyć podjazd. Przy okazji patrzę, czy Sąsiadka wróciła z pracy. Gdy wracam, na balustradce leży kot. Jak zwykle czarny, ale chrypi tak charakterystycznie, że musi to być Pieszczoch. „Pieszczochu, gdzie ja ciebie wpuszczę, jak tam już tyle samców?” Ale muszę. Biorę ciężkiego Bandżo i wynoszę do piwnicy. Pieszczoch już skrzeczy w kuchni i tańczy po niej w poszukiwaniu żarcia. Daję mu raz, drugi, trzeci...

"O Boże - myślę sobie - jak dobrze. Jak dawniej... "
W międzyczasie Bandżo drapie w drzwi od piwnicy – chyba trochę obrażony. Wypuszczam go z domu.

Po jakimś czasie wraca mąż. To też samiec, ale najmniej kłopotliwy. Ostrzegam go, że na jego łóżku śpi "Ten Zmartwychwstały". Mąż wita kota jak najłagodniej, ale ten schodzi i kieruje się do drzwi wejściowych. Ale ja chcę go przetrzymać do powrotu jego Pani. Więc znowu chrupki, mięsko, pasztecik.

Jakiś czas udaje mi się go zatrzymać. Patrzę na jego szramy przy oku. Tak, musiał mieć tutaj dość głębokie zadrapanie. Udaje mi się go pogłaskać, miauczy żałośnie, jak dawniej.

Sąsiadki nie ma a kot wyraźnie chce już wyjść. Zaczyna warczeć a na widok mojej wyciągniętej ręki przypłaszcza się do podłogi. Ktoś go bił? Śledzi moją dłoń i patrzy na klamkę od drzwi. Fuczy eksponując zęby. Muszę go wypuścić. Przecież nie chcę, aby się znowu obraził.
„Amaretto, wróć jeszcze!”

30 stycznia 2012     Buzuki powraca

Buzuki Witaj córeczko

     Wróciłam wczoraj wieczorem z Zakopanego. Zdjęcia Tatr wyszły super, robiłam je do mojej następnej strony, która będzie o górach. W pociągu rozwiązałam do końca krzyżówkę, którą dostałam pod choinkę od Mikołaja. Rozwiązaniem było: Buzuczek. Wzruszyło mnie, że Twój brat z Gosią chcieli zrobić mi przyjemność wymyślając miłe mi hasło, choć dotyczy ono kotka, który zaginął.
     I wyobraź sobie, dziś wracam z pracy, zgarniam 2 Małe Czarne z dworu, karmię stęsknioną za mną i za mięsem Redsinę, dołączają się do tej uczty pozostałe panie i obecny akurat w domu Pieszczoch, który znowu zaczął nas odwiedzać, i patrzę: a na tarasie - Buzuczek.
     Otworzyłam drzwi a on szybciutko wbiegł do domu i do kuchni. Tam się trochę zacukał, bo zobaczył Pieszczocha i może nie był pewny, czy to nie Bandżo. Ale złapałam Pieszczocha (już mocno nażartego) i wyprosiłam go kuchennym oknem. I Buzuczek jadł wątróbkę i stawał słupka, by złapać mięsko w łapki, i jadł mokre jedzonko i mrauczał do swojej mamy, i jadł suche chrupki i mył łapki z pyszczkiem ( z tej wątróbki), i obwąchiwał szopkę i jadł wędzonego kurczaka, i zwiedzał pokój. I generalnie nie wyszedłby z domu (bo nawet tata go nie wypłoszył, jak zszedł na dół, by zjeść obiad ), ale zadzwonił telefon i jak szłam go odebrać, to kotek uciekł. Kompletnie wyziębił nam pokój, bo było -10 na dworze a on pozostawał u nas około 30 minut. Ale bardzo się cieszę, że się pokazał i że żyje. Nie było go półtora miesiąca! Nie wiem, czy z głodu, czy dlatego, że się stęsknił, dał się trzykrotnie pogłaskać po łepku!
     A Amaretto też był u swojej pani, ale tylko na jedzonku na tarasie, bo jak chciała go złapać, to uciekł. Widać mróz koty przygnał a może też boją się mniej Bandżo, bo ze względu na mrozy siedzi więcej w domu i mniej lata po dworze.

Całuski mama

Buzuki się myje

Tekila na regale





     Dzień później
     A może Bandżo już mniej znaczy teren ze względu na to, że od jego sterylizacji minęło już ze 4 tygodnie. W każdym razie dwaj panowie marnotrawni wrócili, tylko nie wiadomo, jak często teraz będą się pokazywać. W domu mamy znowu kotów zatrzęsienie, gdyż są duże mrozy i nikt przy zdrowych zmysłach nie chce szwędać się po dworze. Tekili i Metaksie trochę już się w domu nudzi, więc czasem dopraszają się o zabawianie sznurkiem. Wczoraj zostawiłam Tekilę i Kaluę na dłużej w domu i po powrocie znalazłam 3 strącone doniczki, każdą w innym pokoju. Ganiały się z nudów po kwiatkach?

Tekila ze sznureczkiem     Tekila się bawi
Tekila się bawi

Buzuki odwiedził nas znowu w dzień, gdy byłam w pracy i dostał jedzenie od męża, ale kiedy nas opuszczał, nadział się na Bandża i koty trochę do siebie powyły. Gdy mąż wyszedł do nich do ogródka, rozbiegły się w różne strony. Mam nadzieję, że nie zniechęci to Buzuka do dalszych odwiedzin, gdyż szykują się wielkie mrozy poniżej 25 stopni i chciałabym, aby kotek przyszedł się trochę ogrzać.

Po przyjściu do domu zastałam 3 panie i Bandżo śpiącego w piwnicy. Panie zgodnie rzuciły się na mięso, które przyniosłam i za chwilę 4-ta pani (Kalua) waliła łapką w okno, aby ją też wpuścić. Ale karmiłam je wstrzemięźliwie, gdyż chciałam zostawić coś dla Buzuka i Amaretta, gdyby się znowu pojawił. Od jego ostatniej wizyty minęło prawie dwa tygodnie.

I kiedy tak sobie myślałam, patrzę na taras, a tam, jak wczoraj - dawno oczekiwany kotek, ale tym razem Amaretto.

A więc znowu uczta - Amaretto rzucał się na wszystko - najpierw jedzonko mokre (gdy jest mróz lepiej koty karmić jedzeniem z sosem, gdyż na dworze się niczego nie napiją), potem suche chrupki. Amaretto jadł i był spokojny, nie fukał na mnie i nawet dał się pogłaskać. Na deser kawałki wędzonego kurczaka - ach jak pięknie pachnie! - myślałam, że kot mi zje nóż razem z tymi delicjami. Dokończyliśmy surowym mięsem, po czym kot szybko się zawinął i poleciał do mojej sypialni.
Teraz tam śpi a w piwnicy śpi Bandżo. Powinnam zanieść Amaretta do jego pani, ale tak szybko poleciał na górę, że postanowiłam dać mu spokój. Niech poczuje się tu znowu bezpiecznie. Do Sąsiadki go zaniosę, gdy będzie chciał mnie już opuścić. No i muszę przed nocą wyprosić Bandżo - niech idzie spać do swojego domu - co się jego państwo mają o niego martwić.

Może też zjawić się na kolację Pieszczoch i Buzuczek, jak to było wczoraj. I trzeba będzie znowu regulować ruchem. Zima i mróz - to okres, gdy koty trzymają się domu. Czas bardzo dla mnie pracowity. Ale jakże miły, zwłaszcza, gdy wszystkie zwierzątka grzecznie meldują się w kocim pensjonacie. :)

Luty 2012     Zawiłości regulacji kocim ruchem

No, rzeczywiście mam co robić!. Regulacja kocim ruchem wymaga ode mnie czasem zdolności wręcz machiawelistycznych. Od 2 tygodni mrozy w dzień sięgają kilkunastu stopni Celsjusza, a w nocy spadają do -22. Koty więc pchają się do domu, a niektóre, jak Metaksa, odmawiają wręcz wyjścia z niego.O ile Tekila i Kalua wychodzą na krótkie spacery, o tyle Metaksę trzeba na nie wygonić. Mam więc w domu pełny komplet pań, który wieczorem zmniejsza się o Kaluę – ta konsekwentnie wierna jest swojej Pani i wraca do niej na noc. Na szczęści wpadłam na pomysł, aby w postawić drugą kuwetą, z której zaczęła korzystać Metaksa i Tekila.

Metaksa na mrozie   Metaksa w szafce
Metaksę trudni teraz wygonić na dwór, całe dnie spędza w domu i asystuje nam przy domowych pracach (np. instaluje nowy kran w kuchni ;)

Prawdziwe schody zaczynają się, gdy do domu ściągają panowie. Jeśli w różnych momentach, to pół biedy – tyle, że jak skończę karmić jednego i zmywać po nim ewentualne „wizytówki”, chodząc za nim i czekając, aż się wymości i zaśnie, to przychodzi następny i zabawa zaczyna się od początku. Ale można regulować ruchem, przestrzegając kilku reguł :


gif z serwisu e-gify.pl     gdy przychodzi Amaretto muszą być zamknięte drzwi od biblioteczki i od piwnicy, w których sypia Bandżo

gif z serwisu e-gify.pl     gdy przychodzi Bandżo muszą być zamknięte drzwi od naszych sypialni i schowany futrzak, na którym na fotelu sypia Amaretto

gif z serwisu e-gify.pl     gdy przychodzi Amaretto lub Bandżo musi być zamknięty drugi kot, który przyszedł wcześniej

gif z serwisu e-gify.pl     gdy przychodzi Buzuki musi być zamknięty Bandżo

Gorzej, gdy koty schodzą się razem, jak to było wczoraj.
     Gdy wróciłam z pracy, pod domem czekał już mocno zmarznięty Amaretto, który spędził noc i ranek na dworze. Wiedziałam, że w domu jest Bandżo, gdyż mąż go wpuścił przed wyjściem do pracy, ale wychodząc nie mógł kota znaleźć – tak się skubany zaszył. Więc weszłam razem z Amaretkiem i zamknęłam się z nim w kuchni razem z Retsiną i Metaksą, które powitały nas radośnie. Dałam im wszystkim jedzenie na miseczkach i wyszłam z kuchni a tam już czekał na mnie Bandżo. Zamknęłam go więc na razie w biblioteczce, gdyż miałam nadzieję, że wkrótce pojawi się Buzuki, który poprzedniego wieczora nie przyszedł na kolację. Amaretto po wyjściu z kuchni skierował się na górę, ale chyba wyczuł Bandżo, bo wrócił na dół na sztywnych nogach i położył się na fotelu w salonie. Gdy Metaksa wróciła ze spaceru, Amaretto poszedł za nią do kuchni, więc skorzystałam, zamykając ich i wypuszczając Bandża. Nie wiem, czy Amaretto widział go przez okno, ale poleciał zaraz na górę i tam spokojnie zasnął.

Amaretto na futrzaku   Bandżo na futrzaku
Z lewej Amaretto na futrzaku - dowód, że żyje; z prawej Bandżo na futrzaku, gdy mógł jeszcze na nim leżeć, bo myślałam, że Amaretto już nie wróci

Po jakimś czasie i wizycie Pieszczocha, który nażarł się i przespał na krześle w kuchni i szczęśliwie postanowił sobie pójść, na tarasie pokazał się Garbaty Nos.
Miauczał głośno, więc go wpuściłam i nakarmiłam suchą karmą, którą uwielbia, a ten swoim zwyczajem nabluzgał na mnie, ponarzekał a opuścić domu nie chciał. Ale z pomocą męża zagoniliśmy Garbatego Nosa za drzwi na ulicę, gdy na tarasie pojawił się Buzuki. Buzuki jadł w najlepsze w kuchni, gdy wkroczył tam Bandżo przez otwarte drzwi od ogrodu. Zamarł, zobaczywszy innego kocura. Wykorzystałam chwilową dezorientację obu kotów, wyminęłam Buzuka, który nie wiedział, którędy ma uciekać, złapałam Bandża i wyniosłam do ogródka. Nafuczał na mnie strasznie i został na tarasie, z nosem prawie przyklejonym do szyby i wyrazem zawodu na pyszczku. Wystraszony Buzuczek gdzieś się schował i musiałam poświęcić kilka minut na przekonywanie go, że może już opuścić kryjówkę. Podstawiłam mu tam miseczkę z mięsem i po dłuższej chwili postanowił wrócić do kuchni. Karmiłam go tam, mając z tyłu domu czatującego Bandżo a w przodu Garbatego Nosa, który przez kuchenne okno wył, żeby mu dać jeszcze jedzenia. Normalnie, czułam się osaczona!

Gdy po dłuższej chwili usłyszałam za oknem warczenie zamiast wycia, domyśliłam się, że Bandżo inteligentnie postanowił zmienić front natarcia i przedostał się na przód domu, odganiając Garbatego. Wobec tego otworzyłam drzwi do ogrodu, przez które Buzuczek opuścił dom, a wtedy musiałam wpuścić przez kuchenne okno Bandżo, by Buzuki miał spokojną drogę powrotną do swojej noclegowni.
Normalnie, od tych kotów dostanę kiedyś kociokwiku... (O ile już nie dostałam, niektórzy twierdzą, że tak :)

Garbaty Nos     bojaźliwy Garbaty Nos
Neurasteniczny Garbaty Nos

Przez dwie najzimniejsze noce Buzuki nocował w naszym domu. Udała mi się ta sztuka przy wykorzystaniu podstępu: rzuciłam Buzuczkowi kawalek surowego mięsa w kąt kuchni, a gdy tam poszedł, powoli skierowałam się do drzwi od ogrodu i je zamknęłam. Buzuki najpierw się boczył i siedział za kanapą, ale potem wyszedł, aby dokończyć jedzenie. Wypuściłam go około trzeciej w nocy, gdy już bardzo mrauczał. A mrauczał tak, jak kocury nawołują samiczki, więc nie wiem, ciepło w domu przywiodło mu na myśl wiosnę?

Za drugim razem Buzuki sam się wrobił, gdyż schował się za kanapę, a ja nie widząc go, myślałam, że wyszedł z domu i zamknęłam drzwi. Dopiero po godzinie patrzymy, a tu jakiś bury kot wybiega zza jakiegoś mebla, kluczy pod naszymi nogami i ucieka na górę. Schował się pod moim łóżkiem a gdy położyłam się spać, wyszedł spod niego i położył na przygotowanej dla niego kociej poduszce. Ale koło 1-wszej w nocy zaczął znowu mrauczeć. Zeszłam więc na dół, otworzyłam drzwi do ogrodu i czekam, aby wyszedł – a ten nic – ani myśli wychodzić na mróz. Zamknęłam więc drzwi (mróz był poniżej –20, więc za długo nie dało się trzymać ich otwartych) i poszłam spać. Tak było 3 razy. Dopiero około 6-tej Buzuki zdecydował się nas opuścić. Całe szczęście, że była to noc z soboty na niedzielę, więc mogłam się rano dłużej wyspać. I całe szczęście, że wielkie mrozy podobno się kończą...

c.d. kroniki - Przedwiośnie 2012
do góry

mail