Kocia kronika - lato 2011

Przez pryzmat lat

baner górny

Kronika domu szczęśliwych kotów

Lipiec 2011     Czas wakacji

Czas wakacyjny już od dawna podporządkowaliśmy kotom. Jeszcze gdy mieliśmy Prążka i Łobuzka, wyjeżdżaliśmy na tygodniowe wypady całą rodzinką, gdyż zostawialiśmy koty pod opieką Iwonki. Iwonka przychodziła rano, aby je nakarmić i wypuścić na dwór oraz po pracy, aby je wpuścić do domu i ululać do snu. Ja dostawałam od Iwonki raz dziennie sms-y typu: „Ta chuda glizda mój brat wybrzydzał przy kolacji. Mnie kolacja smakowała, więc po zjedzeniu swojej porcji, zjadłem również to, co zostało w jego miseczce. A co ma się zmarnować! Prążutek”.

Działało to więc całkiem dobrze, choć kosztowało mnie sporo nerwów, gdy któryś z nich nie powrócił do domu na noc. Nasłuchiwałam wtedy sygnału komórki jak zbawienia, gdyż z reguły oznaczał on meldunek o powrocie kota. Pamiętam, jak zamartwiałam się, gdy zaczynaliśmy wędrówkę wąwozem Samaria na Krecie. Wokół przepiękne góry a mnie nic nie cieszy, bo martwię się o kota, gdyż Łobuz nie wrócił na noc i nie pojawił się rano. Na szczęście, gdy Iwonka wróciła wcześniej z pracy, czekał bardzo głodny i stęskniony pod krzakiem na ogródku. Od razu dostałam od mojej siostry sms-a: „Ten mój brat niedojda szlajał się gdzieś przez cały dzień i noc i teraz wtrzącha miskę żarcia i wygląda na bardzo skruszonego. Futro ma zmierzwione i Iwonka szuka w nim kleszczy. Prążek”. I od razu świat dookoła mnie nabrał właściwych kolorów...

Prążek na tarasie Gdy wyjechaliśmy w góry kolejny raz, z kolei Prążek wybrał się na wycieczkę i to od razu giganta. Nie wrócił jedną noc, więc Iwonka następnego dnia czekała na niego w naszym domu rano i wieczorem do późnych godzin nocnych. Bez skutku. Trzeciego dni widziała go na ulicy. Prążek szedł niedaleko domu a Łobuz leciał za nim galopem miaucząc tęsknie. Prążek odwrócił się, popatrzył na brata, ale poszedł dalej. Tak było cztery dni i już chciałam wracać z Sudetów, stopowana trochę przez moją rodzinę na zasadzie „Co się martwisz. Żyje? Żyje. Iwona go widziała. No więc kiedyś wróci”.

I nagle piątego dnia rano budzi mnie sms: „Postanowiłem wziąć sprawę w swoje łapki, bo jakoś nie mogliśmy się spotkać z Iwonką. Obudzilem więc ją o 4 rano, miaucząc pod jej oknem. Teraz zajadam kiełbasę. Dobrze jest wrócić do domu, wszyscy są dla mnie tacy mili. Nie wiem tylko, czemu Iwonka płacze, przecież chyba powinna się cieszyć. Prążutek podróżnik”.

Zadzwoniłam więc do siostry po dokładniejszą relację a ona do mnie: „Ty wiesz co ja przyżyłam?! O 4 rano obudziło mnie głośne miauczenie kota. Wyglądam przez okno i widzę Łobuza, którego przecież zamknęłam na noc w waszym domu. Wpuściłam go więc, nasypałam mu jedzenia do miski i biegiem do waszego domu. Jedno co mi przyszło do głowy to to, że ktoś się do was włamał i wystraszył kota, który przyleciał do mnie. Przychodzę do was, drzwi zamknięte, a z góry schodzi zaspany Łobuz. Dopiero wtedy zrozumiałam, że to Prążek. Poleciałam więc do siebie, wygłaskałam go, a on tak się łasił i miauczał, że aż babcia się obudziła i teraz mu podgrzewa mleczko. Schudł strasznie przez te cztery dni i dlatego myślałam, że to Łobuz. Ale jaki to mądry kot, usadowił się prosto pod moim oknem. Skąd on wiedział, które to jest okno od mojej sypialni?”

Bardzo się ucieszyliśmy. Ale kota kazałam zanieść do domu i już go nie wypuszczać, aż do naszego powrotu. Uważałam, że siostrze wystarczy tych emocji a ja też chciałam kilka ostatnich dni urlopu przeżyć w spokoju.

Prążek i Łobuz
Prążek i Łobuz szczęśliwie razem

Kiedy trzy lata później Łobuz nie wrócił ze spaceru, gdy był pod opieką Iwonki, nie miałam żadnych złych przeczuć. Ale gdy nie pojawił się drugiego dnia, mimo że zawezwany specjalnie nasz syn długo czekał na niego, postanowiliśmy skrócić urlop. A potem, kiedy po naszym powrocie rozpaczliwie i bezskutecznie szukałam Łobuza, mąż stwierdził, że już nie będzie zostawiał kotów pod "obcą" opieką. I od tej pory dzielimy się wyjazdami tak, że zawsze ktoś z nas zostaje w domu z Redsiną. Bo już tylko ona nam została.

na tarasie



    Siedzę więc teraz w lipcu na ogródku z Redsiną i wołam koty do domu, gdy nadchodzą kolejne burze, których w tym roku przyroda nam nie skąpi. Szary Kot swoim zwyczajem wpada do nas w lipcu codziennie – jego państwo zawsze wyjeżdżają na wakacje na początku lata (sądząc z odwiedzin kota). Inne meldują się między kolejnymi burzami, czasem wtedy schodzą się hurtem i trzeba zawiadować ruchem. Na szczęście Amaretto, Buzuczek i Pieszczoch mijają się bez wstrętów. Czasem nawet zdarza się, że jednocześnie w kuchni jedzą dwa kocury i dwie kotki, zgodnie czekając na swoją kolej, gdy rzucam im kawałeczki mięska.
Pieszczoch zmienił się z pięknego kotka – futro mu odrosło. Ciekawa jestem, czy to zasługa mojej krótkiej kuracji, czy właściciel się nim wreszcie zajął.


Szary śpi
Szary Kot smacznie śpi

Pieszczoch grasuje w kuchni
Pieszczoch grasuje w kuchni, futerko już mu odrosło, ale w dalszym ciągu sprawia wrażenie nienażartego

Metaksa nie pojawia się już od tygodnia. Ostatnio, gdy ją zanosiłam do Sąsiadki, zagadnęła mnie przechodząca obok pani, która mieszka przy końcu osiedla:
„- Czy ten kot tu mieszka? Bo on często do nas przychodzi”.
Mówię, że tak i tłumaczę cała zawiłość metaksiej sytuacji, poczynając od napastującego ją wnuka a kończąc na nowym nabytku – psie. A pani na to:
„ - Nie wiedzieliśmy, co o tym kocie sądzić. On często wygląda, jakby był bardzo głodny, a z drugiej strony nie zachowuje się jak dziki, bo leci u nas do pokoi na górze...”
Ja na to:
„- Nic dziwnego, że jest głodna, jak czasem nie pokazuje się przez 5 dni. Ale Sąsiadka wychodzi po nią do zagajnika i ją nawołuje, tylko ona nie zawsze przychodzi...”
Może więc teraz Metaksa szuka sobie domu jeszcze dalej od nas.

Metaksa i Szary Kot
Metaksa i Szary Kot

Lipiec 2011     Kocie scysje

Lipiec nie rozpuszcza nas w tym roku a ciągłe burze i deszcze testują naszą wytrzymałość. Koty burz się nie boją, ale po deszczu paradować nie lubią, lecz to nie znaczy, że siedzą w domu. Przeważnie chowają się pod samochodami i przychodzą do nas tylko na stołówkę, czasem na nocleg. Buzuki tylko raz przyszedł do nas na kolację w czasie deszczu, nie zważając na siąpiący kapuśniaczek, gdy już był wyraźnie zdeterminowany niepomyślną aurą.

Bandżo na tarasie Pisałam, że osiedlowe kocury nie są do siebie wrogo nastawione i starają się taktownie omijać z dala, nawet jeżeli ich ścieżki zetkną się przy drzwiach kociego pensjonatu. Ale tego roku pojawił się u nas młody kocurek, pokazujący wyraźne skłonności samca Alfa. Bandżo –wspaniały okaz kociego przystojniaka o gęstym, długim futrze i potężnej posturze, odziedziczonej po swej matce rasy Main Coon – jest kotem sąsiadów, lekarzy. W kontaktach z ludźmi ufny i łasy na pieszczoty, w stosunku do innych kotów jest dominujący, mimo, że jest najmłodszy. Potrafi nawet stawić czoła szczeniakowi Sąsiadki. Pies ujada na niego, a on leży rozwalony na tarasie, całkowicie psa ignorując na zasadzie: „Ja byłem tu pierwszy”. Gdy szczeniak podskakuje do niego, Bandżo warczy, co skutkuje przerażonymi okrzykami córki Sąsiadki, bojącej się o swego pupila. Żałuję wtedy, że Amaretto nie ma takiej odwagi, jak Bandżo, jego domniemany syn. ( O tym pokrewieństwie wnioskuję, biorąc pod uwagę kolor futer obu kotów, podobnych od futerka mojego Łobuza i wyraz pyszczków, przypominających brata Łobuza, Prążka).

Niestety Bandżo daje również popalić swemu domniemanemu tacie. Tak było dzisiejszej nocy.

Po godzinie 4-tej, ledwie szarzało na dworze, nagle obudził mnie koci koncert, dobiegający spod okna mojej sypialni. Obydwie z Redsiną skoczyłyśmy na równe nogi. Charakterystyczny koci duet, którego nie słyszałam od czasów Łobuza. Jeden głos, mocniejszy, nadawał ton przeciągłym niskim warczeniem, przechodzącym w długie „Auuuuu”. Odpowiadał mu drugi głos cieniutki i wysoki, wyśpiewujący „Ooo,jojojojojjjjj!”. Biegiem zleciałam po schodach, myśląc: „Kiedyś się na nich zabiję” i otworzyłam drzwi od domu. W szarzejącym świetle, połyskującym w kroplach padającego deszczu, ujrzałam dwa czaro – popielate koty, stojący przy naszym samochodzie w bojowych postawach i śpiewające powyższą serenadę. Wołam do nich (cichutko, bo wszyscy śpią): „ Uspokójcie się, wejdźcie pod samochód, przecież stoicie na deszczu, głupole”. A te nic; śpiewają dalej, a nawet ten „Ałłający” wyciąga crescendo, które sugeruje (według mojego doświadczenia), przybliżający się wściekły wrzask i atak, już zupełnie niewerbalny.

Próbuję więc znowu uspokoić ich łagodnym głosem, ale to, co zwykle działało na Łobuza i Szarego Kota, które wtedy wyciszały się i centymetr po centymetrze wycofywały z pola konfrontacji, przy czujnej obserwacji przeciwnika - teraz nie zadziałało. Cóż więc miałam robić? Tak, jak stałam, boso i w koszuli nocnej wyszłam na deszcz i stanęłam przy kotach. Gdyby to był mój Łobuz, po prostu wzięłabym go – sztywnego - na ręce i zabrała do domu, jak to nieraz w takiej sytuacji robiłam. Ale teraz się zawahałam. Jak zachowają się te dwa, nie moje w końcu kocury, w których buzuje testosteron i adrenalina?

Na szczęście Amaretto poczuł się przy mnie pewniej i zaczął wycofywać się do tyłu, aż w końcu dał nura pod samochód. Ale Bandżo ciągle warczał na ojca. Klasnęłam więc w ręce tuż przed jego nosem i dopiero wystraszył się i uciekł w drugą stronę, pod krzak.
Chciałam zawołać Amaretta do domu, ale zamiast niego spod samochodu wyskoczyła Mała Czarna, która, jak się okazało, była obserwatorką i być może okupantką bezpiecznego i suchego schronienia. ”Kłe, kłe, kłe!” podekscytowana, próbowała mi zdać relację z tego, czego była świadkiem.

Wróciłam na górę do sypialni, mijając w drzwiach Redsinę, która stała w pozie Ordona na Reducie i poszłam z ulgą spać w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku.

Amaretto    Bandżo w kuchni
Z lewej - domniemany tata Amaretto, z prawej - domniemany syn Bandżo

Łobuzek - ostatnie zdjęcie    Bandżo
Łobuz - domniemany dziadek na swoim ostatnim zdjęciu i z prawej - Bandżo - domniemany wnuk


Sierpień 2011     Kiedy pani wyjeżdża

Redsina nie lubi, gdy ktoś z domowników wyjeżdża. Nieufnie spogląda na wyciągane ze strychu walizki i plecaki. Asystuje przy pakowaniu a jej wielkie, szeroko otwarte oczy wyrażają niepokój.

Potem trzeba czekać na powrót domowników. Ale nie widać po kotce jakiegoś smutku, czy tęsknoty, jak to było w przypadku Łobuza. Kiedy Łobuz zostawał sam, był osowiały, nie mruczał, gdy Iwonka usypiała go na noc ( zawsze ją prosiłam, aby dopieściła kota przed snem a przy okazji sprawdziła, czy nie ma w futerku kleszczy), nie chciał jeść lub odwrotnie – rzucał się na pożywienie, jakby bał się jakiegoś kataklizmu i chciał najeść się na zapas.
Redsina przenosi swoje uczucia na osobę, która akurat została w domu. Kładzie się człowiekowi na piersiach, udeptuje łapkami ramię i wylizuje je, mrucząc z wielkim zapałem. Zresztą tak naprawdę zmiany w życiu Redsiny następują tylko wtedy, gdy wyjeżdżam ja. Kotka regularnie sypiająca ze mną w łóżku musi wtedy znaleźć sobie inne lokum. Czasem wystarczy materac z ogrodowej huśtawki, przyniesiony do domu dla ochrony przed deszczem. A czasami kotka wskakuje do łóżka córki. Gdy drzwi do pokoju córki są zamknięte w obawy przed znaczącym Amarettem, Redsina staje przed nimi i cichutko miauczy, aby ją wpuścić.

Gdy podróżnik wraca do domu, Redsina z reguły wita go w drzwiach. Ale jest to chłodne powitanie. Kotka obwąchuje z rezerwą wyciągniętą do niej rękę, poddaje się głaskaniu bez entuzjazmu. Dopiero po chwili Redsina zaczyna okazywać ożywienie. Nierzadko łasi się o nogi, pocierając pyszczkiem o stopę człowieka, jakby chciała przeprosić za swoje wcześniejsze zachowanie. A kiedy powracający usiądzie, to ma gwarancję, ze kot właduje się właśnie na niego i tak będzie się pieścił, ocierał pyszczkiem o twarz, mruczał, rozkładał na szyi, jak kołnierz, udeptywał ramiona i wylizywał je, łaskotał ogonem po nosie, patrzył rozkosznie zmrużonymi oczkami prosto do serca, jakby chciał ze wszystkich sił zapewnić o swojej miłości i radości z powrotu marnotrawnej pani.

Pieszczoty Redsiny


Sierpień 2011     Między wyjazdami

Wyjeżdżamy i wracamy i znowu wyjeżdżamy. Ze względu na Redsinę na krótko, ale za to intensywnie.
Koty też pojawiają się na krótko. Ciepła pogoda sprzyja spaniu na dworze. Na szczęście meldują się regularnie a Buzuki jest co wieczór na obiedzie. Nie było go tylko przez 5 dni, gdy ja z mężem wyjechałam. Gdy wróciliśmy, kot się pojawił, całkiem jakby zareagował na przyjazd samochodu. Ale możliwe też, że córka nie czatowała na niego przy drzwiach tak, jak ja to robię. Albo miał problemy z ropiejącą łapką, gdyż jak się pojawił, kulał nieco i wyglądało, jakby miał opuchniętą stopkę. W przypadku Buzuczka nie mogę tego sprawdzić, gdyż w dalszym ciągu nie daje się dotknąć.

Pieszczoch Pieszczoch również miał przez 3 tygodnie ropień. Przyskakiwał do nas na trzech łapkach, gdyż opuszek jednego palca miał powiększony i pewnie bolesny. Prawdopodobnie zranił się o coś. Gdy po nażarciu się, zasnął na chwilę na kanapie, zajrzałam mu pod łapkę. Opuszek był nie tylko opuchnięty, ale też popękany. Posmarowałam go maścią antybakteryjną, którą akurat dostałam do smarowania miejsca po ugryzieniu kleszcza. Smarowałam kocią łapkę jeszcze dwa razy, a później kot przestał do mnie przychodzić. I dopiero po 3 tygodniach kot zaczął normalnie chodzić na 4 łapach.

Kleszcza nabawiłam się chyba właśnie od Pieszczocha. Kot przyszedł kiedyś o północy, gdy po kąpieli, ubrana w nocną koszulę siedziałam jeszcze przy komputerze. Swoim zwyczajem, po jedzeniu, Pieszczoch bezceremonialnie władował mi się na kolana i zwinięty w kłębek zasnął. Wyrzuciłam go po godzinie i sama poszłam spać, a rano znalazłam już wkręconego kleszcza pod własnym biustem. I zgodnie z przysłowiem „Szewc bez butów chodzi” ja, która wykręcałam już dziesiątki kleszczy z kocich futer oraz bezbłędnie wyjęłam kleszcza z główki swojej wnuczki, teraz sfuszerowałam i zostawiłam sobie w ciele kawałek insekta. Pojechałam więc biegutkiem do przychodni lekarskiej, ale żadna z pielęgniarek nie chciała się podjąć wyzwania, tylko skierowano mnie od razu do chirurga. Ten spisał się na medal, dał mi do smarowania dwie maści i kazał zrobić za dwa tygodnie test na boreliozę.

Korzystając z wolnego, wakacyjnego czasu wybraliśmy się z Redsiną na konsultacje lekarskie. Redsina jest zdrowa, ale zastanawia mnie, dlaczego jest taka gruba, mimo że je bardzo niewiele. Poza tym od paru miesięcy obserwuję czasami na jej kupce ślady krwi. Raz ich nie ma a raz są bardzo wyraźne. Mimo długich obserwacji nie udało mi się ustalić od czego to zależy.

Lekarz obejrzał kotkę, obmacał, stwierdził, że nie widzi nic niepokojącego. Nie wyczuł żadnych guzów, węzły chłonne też są w porządku. Stwierdził, że krew może pojawiać się na skutek zarobaczenia, ale też złego odżywiania. Kazał zrobić badanie kału na obecność pasożytów a jak okaże się negatywne, próbować zmienić karmę na bardziej delikatną a jak to też nie pomoże, przyjechać z kotem na USG. Przy okazji wycisnął jej z gruczołów przy odbycie jakąś maź. Redsinka była bardzo grzeczna, choć wyciskanie jej się nie spodobało. Wracała z nami do domu z wyrazem wyrzutu na pyszczku, na jaką nieprzyjemność ją naraziliśmy.

Badanie kału nie wykazało pasożytów, jak zresztą się spodziewałam, gdyż regularnie odrobaczam naszą kotkę. Ale na wynik trzeba było czekać bardzo długo i w tym czasie zaobserwowałam, że krew już się nie pojawia. Czyżby to wyciskanie jakoś pomogło? Bardzo mnie to ucieszyło. Na razie więc ze zmianą diety dajemy sobie spokój. Redsina je tylko jeden rodzaj suchego pożywienia, do którego przyzwyczaił ją Łobuz. No i surowe mięso. Nic innego nie chce wziąć do pyszczka. Ze zmianą diety mielibyśmy więc problemy.


Wrzesień 2011     Trzęsienie ziemi, czyli remont w domu

Lato to tradycyjny czas urlopów, wyjazdów i remontów. W tym roku postanowiłam połączyć jedno z drugim i trzecim, czyli mój urlop z remontem salonu i wyjazdem reszty rodziny na wakacje. Córkę chciałam wyrzucić na ten czas z domu ze względu na alergię – po co ma wdychać farby i lakiery - a męża ze względu na marudzenie. I kiedy wreszcie w sierpniu wszystko się dobrze ułożyło i jednocześnie wyjechało obydwoje domowników a ja zachwycona zadzwoniłam po ekipę do cyklinowania podłogi, usłyszałam: „Ależ przecież jest sierpień, my mamy urlop – może we wrześniu...” We wrześniu to ja już pracuję i nie będę miała tyle wolnego czasu.
Cóż więc było robić? Postanowiłam zrobić remont na raty i w sierpniu pomalować ściany a we wrześniu wycyklinować podłogi. Wiązało się to oczywiście z podwójnym wynoszeniem i wnoszeniem mebli i drobiazgów, których mam nieskończoną ilość i podwójnym sprzątaniem. Na szczęście przy przenoszeniu mebli pomógł mi syn a i bez mrugnięcia okiem pomalował sufit, dla mnie zostały więc już do roboty tylko ściany. Malując musiałam uważać na Redsinę, która ofiarowała mi swoją czujną opiekę, więc pilnowałam ją, aby nie właziła łapkami w farbę, która skapywała mi od czasu do czasu na folię, rozłożoną na podłodze.

Redsina na podłodze
Redsina na podłodze w trakcie remontu

We wrześniu domownicy znowu wyjechali na tydzień i chyba tylko cudowi należy zawdzięczać to, że cykliniarze mieli akurat dwudniowy przestój w innej robocie i mogli przyjechać do mnie. I oczywiście od jutra. Zadzwoniłam więc wieczorem po syna, aby znowu pomógł mi w przenoszeniu co cięższych mebli i rano salon czekał już pusty na przyjazd ekipy.

Przyjechali o 6.30, gdyż o 7 musiałam wyjechać do pracy. Uzgodniłam z nimi co trzeba, ale pozostała kwestia, co zrobić z kotem. Najlepiej dla Redsiny byłoby zostawić ją na dworze, lecz bałam się, że kotka, która wychodzi na ogródek tylko ze mną, będzie próbowała wrócić do domu i wystraszy się nieznajomych i tego, co będzie się działo w pokoju. Może przerażona hukiem zawieruszy się gdzieś. Postanowiłam więc zamknąć ją w sypialni na górze, zaniosłam jej wodę, jedzenie i kuwetę i wygłaskałam na odchodnym. Cykliniarze zabrali się do pracy od razu, więc spędziłam z Redsiną jeszcze kilka minut po włączeniu piekielnego urządzenia, które czyni nieziemski hałas. Redsina była trochę wystraszona, ale bardziej zaciekawiona, co też dzieje się na dole. Podchodziła do zamkniętych drzwi, patrząc na mnie z pytaniem w oczach. Otworzyłam więc drzwi na chwilę a decybele natychmiast wygoniły kotkę pod łóżko. I tam musiałam ją zostawić a robotników ostrzegłam, że na górze jest zamknięty kot, aby go nie wypuszczali.

Wróciłam po kilku godzinach. Hałas wydobywający się zza drzwi świadczył o tym, że panowie jeszcze nie skończyli. A w sypialni zastałam zamkniętą zdenerwowaną Tekilę, która żądała natychmiastowego uwolnienia. Sprawdziłam, gdzie jest moja kotka. Siedziała pod łóżkiem z najdalszym kącie. Moje biedactwo! Tyle godzin w tym hałasie, bez pani i bez możliwości ucieczki. Zawołałam ją i przyszła do mnie cichutko popiskując, jakby się skarżyła. Wzięłam ją na ręce i korzystając z chwilowej przerwy z robocie, wyniosłam do ogródka.

Po drodze zagadnęłam robotników: „- Widzę, że wpuścili panowie kota na górę...”.
„- No tak , chyba ta pani kotka uciekła przez okno, bo jak wyłączyliśmy maszynę, aby zalepić szpary, to zauważyliśmy ją siedzącą na balustradzie przed oknem kuchennym. Więc ją wpuściliśmy i zamknęliśmy z powrotem na górze”. Pochwaliłam panów za czujność i zaangażowanie, bo co miałam robić... Tłumaczyć, że to nie moja kotka, tylko rezydentka? Tak więc, dzięki panom Tekila również dostąpiła emocji, związanych z remontem w domu.

Po robocie miałam obawy, jak ja wytłumaczę kotom, które wieczorem gromadnie defilują przez nasz salon do kuchni na jedzenie, że nie wolno im wchodzić na świeżo zalakierowaną podłogę. Na szczęście lakier wysechł, zanim obce koty pojawiły się a Redsinkę bez problemu upilnowałam. Wystarczyło samej nie zbliżać się do salonu - kotka łaziła za mną krok w krok, tak była wystraszona tym traumatycznym remontem.

Za to na drugi dzień, gdy lakier już podsechł a jeszcze nie wolno było ustawić na nim mebli, salon okazał się wspaniałym miejscem do zabawy. Tyle wolnej, lśniącej powierzchni, po której można było biegać i tarzać się! Redsinka rozpędzała się i ślizgała na posadzce, podskakiwała wysoko na czterech łapkach, kotłasiła na grzbiecie, wywijając tłustymi nóżkami w powietrzu. Może było to też odreagowaniem stresu po remoncie, ale ile frajdy kotka miała. Cały pusty pokój dla jednego kota!

Redsina kotłasi się
Redsina kotłasi się


Wrzesień 2011     Babie (i kocie) lato

Wrzesień ciepłą i słoneczną aurą chciał wynagrodzić nam nieciekawe tegoroczne lato. Koty korzystają z ostatnich dni lata wylegując się na słońcu, jakby chciały zmagazynować jak najwięcej ciepła na nadchodzące jesienne chłody. Wpadają wieczorem do domu tylko na jedzonko; czasem Tekila lub Amaretto zostaną na noc. Tekila najchętniej sypia teraz w pokoju męża na pozostawionej po wyjazdach walizce. Idealnie się w niej mieści. Aż szkoda ją (walizkę) chować na strych.

Amaretto wrócił na swoje dawne miejsce za maszyną do szycia. W zasadzie powinien iść spać do swojego domu, gdyż miał pod koniec sierpnia areszt domowy, po którym powinien się już był przyzwyczaić do psa. Areszt miał miejsce ze względu na leczenie, któremu Sąsiadka musiała poddać kota po pogryzieniu go przez innego zwierzaka (być może przez Bandżo). Odkryłam to, gdy kot pewnego dnia przyszedł do mnie na jedzenie. Wygłaskałam go, nic złego nie zauważając a on zwinął się na dywanie i zasnął. I nagle poderwał się ze snu warcząc głośno. Patrzę... A kotu wyrosła nagle wielka gula na szyi, taka wielkości piłki tenisowej. Zawołałam więc Sąsiadkę. Obmacała guz – był twardy, ale chyba niebolesny, bo kot dał się dotknąć. Zastanawiałyśmy się co to takiego. Czy kot po ugryzieniu może mieć taki odczyn alergiczny? To, że miałyśmy do czynienia z ugryzieniem wiedziałyśmy, bo w samym centrum guli zauważyłyśmy dwie dziury. Wzięła więc Sąsiadka kota na obserwację, a gdy po jednym dniu gula nie zniknęła, pojechała z kotem do weterynarza. Tam ogolono mu szyjkę i przecięto guz, który okazał się być wielkim ropniem. Amaretto mężnie zniósł rzezanie szyi (gdyż jak mówiła Sąsiadka, skórę miał tak twardą, że trudno było nazwać to inaczej), dał sobie zrobić dwa zastrzyki, ale przy ostatnim zawył i wbił się zębami w rękę swojej pani, która go trzymała. Po tej operacji było już więc dwoje poszkodowanych i w czasie przymusowego aresztu w domu zastrzyki brali już obydwoje: kot i jego pani, której ręka spuchła i też zrobił się w niej stan zapalny.

Gdy Sąsiadka mi to opowiadała, przypomniałam sobie, jak w podobnej sytuacji wzywałam do Łobuza weterynarza do domu. Wtedy też Łobuz dostawał trzy zastrzyki, dwa bezproblemowo a przed podaniem trzeciego lekarz mówił mi, aby trzymała kota lekko i po injekcji natychmiast wypuściła. I rzeczywiście, weterynarz miał rację: Łobuz z wrzaskiem uciekał i chował się pod łóżkiem, będąc obrażonym jeszcze jakiś czas po wyjściu lekarza. Chyba więc ten zastrzyk był bardzo bolesny lub piekący. No ale jak Sąsiadka miała wypuścić kota w gabinecie weterynaryjnym? Żeby trzeba go było ścigać po półkach?

Tego lata niezbyt często korzystałam z ogródka. Albo było mokro, albo plaga komarów wyganiała nas do domu, jak tylko nadchodził zmierzch. Poza tym robiłam remonty a od końca sierpnia praca zajmowała mi już większość dnia. Dlatego teraz w weekend, tak jak i koty, postanowiłam się trochę powygrzewać w ostatnich promieniach letniego słońca. Siedzę na huśtawce i piszę na komputerze a obok mnie leży Redsina. Koło huśtawki śpi Tekila a trochę dalej rozwalony na słońcu drzemie Amaretto. Istna sielanka.

Amaretto
Amaretto drzemiący w ogródku

Redsina na poduszkach  Tekila ziewa
Redsina na ogrodowych poduszkach a Tekila pod krzakiem

Gdy mieliśmy Prążka i Łobuza żałowałam, że koty, jak tylko nauczyły się przeskakiwać przez płot, chodziły swoimi ścieżkami i rzadko spędzały czas na swoim ogródku. Zawsze bałam się, że coś im się stanie i nie wrócą ze swoich wędrówek. Te nieliczne momenty, gdy spały obok mnie, albo asystowały mi przy pracy w ogródku, napełniały mnie szczęściem, bo wiedziałam, że moje zwierzęta są wtedy bezpieczne. To były takie chwile beztroskiej sielanki.

Prążek i Łobuz w ogrodzie  Łobuz i Prążek na kanapce
Prążek i Łobuz najwięcej bawiły się w ogrodzie, gdy były małe

Łobuz w kwiatach   Łobuz z Asią w ogrodzie
To były wspaniałe dni, gdy Łobuzek był z nami w ogródku... Prawda, że był prześliczny?

Łobuz wraca ze spaceru




     Każdy ich powrót ze spaceru napełniał mnie radością, że udało im się przeżyć kolejny dzień. One reagowały podobnie – najpierw następowało pełne entuzjazmu powitanie, a dopiero potem kotki zabierały się za konsumpcję. Czasami Łobuz robił mi niespodziankę, gdy akurat pracowałam na ogródku i byłam do niego obrócona tyłem. Podchodził do mnie cichutko, tak, jak tylko kot potrafi i nagle wskakiwał na mnie susem, wspinając się po moich plecach, aż wdrapał się na ramiona. Ja wtedy pochylałam się do przodu, aby nie musiał wbijać we mnie pazurków, a on traktował to jak dalszą zachętę do zabawy i układał mi się na głowie. Jak czapka.
Miał kot fantazję! I nie mogę się wypierać, że tak mnie zawojował, że aż wchodził mi na głowę. :)


Wspominam a czas płynie leniwie, tak jak leniwie unoszą się w powietrzu nitki babiego lata. Wczoraj wieczorem usłyszałam krzyk przelatującego na nami stada kaczek. Zbliża się jesień. Czwarta jesień bez mojego Łobuzka.


c.d. kroniki - złota polska jesień 2011
do góry

mail