Kocia kronika - przedwiośnie 2011

Przez pryzmat lat

baner górny

Kronika domu szczęśliwych kotów

Luty 2011     Dzikie, nie dzikie?

Mejkun



    Ale numer! Kot, którego nazwałam Mejkunem, jest w rzeczywistości Norweskim Leśnym!
Zamieściłam ogłoszenie o błąkającym się kocie na portalu „Zagubione, znalezione”, który prowadzi pewna miłośniczka zwierząt w mojej okolicy. Właściciel się nie znalazł, ale ktoś uczynny zgłosił chęć zajęcia się kotem i prosił o więcej informacji. No cóż, dopóki nie jestem pewna, że kot jest bezdomny, nie mogę go nikomu oddać.

Za to inna osoba zdiagnozowała rasę kota na podstawie zdjęcia, które zamieściłam.

błąkający się kot    Mejkun je

I rzeczywiście, gdy weszłam na stronę WWW poświęconą kotom norweskim leśnym, zobaczyłam zdjęcia wypisz – wymaluj mojego Mejkuna. Przeczytałam tam też o tym, że koty tej rasy są bardzo wytrzymałe, jeśli chodzi o warunki klimatyczne, co mnie trochę uspokoiło przynajmniej, jeśli chodzi o szansę przeżycia przez niego zimy (gdyby był bezdomny). Ale wpadłam też na inny pomysł. Aby dowiedzieć się, czy kot Mejkun ma właściciela, założyłam mu obróżkę z dołączoną małą torebeczką z liścikiem. Miałam nadzieję, że albo ktoś mi tą samą drogą odpowie, albo kot wróci do mnie z moim listem, a wtedy będę miała potwierdzenie, że jest bezdomny. Ale Mejkun wrócił do mnie po dwóch dniach bez obróżki i bez karteczki i w dalszym ciągu nic nie wiem. Żal mi go jest, ale może ma jednak właściciela, a jego zachowanie jest wynikiem temperamentu?

Mejkun w domu     Mejkun je

Redsina i Mejkun
Redsina zastanawia się, czy jej kolega ma jakiś dom

Nasz koci pensjonat ma nowego gościa. Tak jak inne, zjawił się nie wiadomo skąd, ale wejście miał zgoła niecodzienne. Było już około 24-tej i z przyzwyczajenia, idąc spać i nie zapalając już w kuchni światła, spojrzałam jeszcze przez kuchenne okno na balustradkę przed domem. Zobaczyłam jakiś ciemny kształt. Amatretto lub Garbaty Nosek - pomyślałam i otworzyłam okno. W kuchni było już ciemno, kot czarny, więc na początku nie mogłam rozpoznać, który to. Ciągle po ciemku nasypałam mu do miseczki karmy, a on rzucił się na nią. Po pochłonięciu pierwszej porcji, zaczął się ocierać o mnie bardzo natarczywie, miaucząc przy tym jeszcze bardziej natarczywie: „Jeść, jeść, umieram z głodu!!”. Z uwagi na łaszenie się wiedziałam już, że to nie Garbaty Nos, ale Amaretto też tak się nie zachowuje – raczej unika kontaktu z ludzką ręką. A i głos całkiem inny, taki chrapliwy, jakby kot stracił go na skutek długiego wołania. Zapaliłam więc światło i ku mojemu zdumieniu zobaczyłam, że to całkiem mi nieznany kot, w typie czarno- brązowym, jak Zbój, ale o nietypowych oczach koloru pomarańczowego! (Drugi często spotykany u nas typ kota, czarno-popielaty, jak Amaretto, Quzo to domniemani potomkowie Prążka i Łobuza). A kot nie zważając, że jest w zupełnie sobie obcym domu i z obcym człowiekiem, nie dawał za wygraną i dopraszał się dalej o jedzenie. Dałam mu więc jeszcze i chciałam go wypuścić na dwór, ale ten nic, łasi się i łasi, chrypiąc przy tym z zapałem. Dałam mu więc jeszcze i jeszcze...
Aż w końcu brzuch widocznie mu się zaokrąglił. Wtedy nieznajomy kocur (to szybko sprawdziłam) władował się na kanapę i dalejże się lizać. Robił to z takim zapałem, jak poprzednio jadł, więc mówię do niego: „Czyściochu, ja muszę iść spać, uciekaj do swego domu.” A ten nic. Otworzyłam znowu drzwi na dwór, ale on skoczył do mnie z wielkim entuzjazmem i znowu zaczął się łasić, zupełnie ignorując moje sugestie, aby nas opuścić. Taki typ kota, na którego ciągle trzeba zwracać uwagę, by się o niego nie potknąć :) Więc załatwiłam go taktycznie - nasypałam mu troszkę jedzonka na taras, kot szybko wybiegł a ja zamknęłam drzwi i poszłam spać.

Pieszczoch je    Pieszczoch oblizuje się    Pieszczoch
Pieszczoch je i je...

Następnego dnia wszystko powtórzyło się dokładnie tak samo. Z tym, że kot po jedzeniu władował się na mnie, nie zważając zupełnie na spoczywającą obok Redsinę i położył się na moim brzuchu, aby myć się z wielkim samozaparciem. „Jaki porządny kotek – pomyślałam - i jaki ufny. Na pewno nie jest dziki, mimo że wygląda na zagłodzonego.” Przez parę dni kot przychodził do nas zawsze z tym samym zachrypniętym larum: „Eee, eee... ratunku, od miesięcy nic nie jadłem!”, zjadał, aż mu brzuch pękał, po czym tarabanił się na kanapę i tak lizał i lizał.

Pieszczoch się liże   Pieszczoch j.w.
Po jedzeniu czas na toaletę

Którejś nocy, gdy było szczególnie zimno, a kot zasnął na kanapie, zostawiłam go na noc. Ale kot na kanapie został na krótko. Ledwie położyłam się do łóżka, a Redsina swoim zwyczajem usadowiła się na mnie, udeptując kołdrę łapkami i mrucząc, kot wskoczył do nas i przelatując jak czołg przez kompletnie zaskoczona Redsinę, dotarł do mojej twarzy, zaczął się o nią łasić i wtarabaniać pod kołdrę! Co za tupet! Zaszczytu spania ze mną pod kołdrą dostąpił jedynie Łobuzek. „O, nie, tak spać nie będziemy, Pieszczochu – nie wiadomo ktoś ty, nie wiadomo na co chorujesz, czy byłeś odrobaczany” – zaprotestowałam i położyłam go na innej poduszce obok, obiecując sobie, że jutro ją wypiorę. Chyba zrozumiał, gdyż mruczał jak najęty, wtłaczał mi pod rękę łepek do głaskania, ale został już na swojej poduszce. Zdezorientowana Redsina, wstrząśnięta brakiem jego reakcji na jej groźne pomruki, wylądowała w końcu pod łóżkiem. A ja? Zamiast wyrzucić z łóżka obcego kota, wzruszona głaskałam go do snu, gdyż przypomniał mi się Łobuz, z którym tak właśnie chodziliśmy spać. I przypomniało mi się, jak kuzynka męża, która wierzy w reinkarnację, pocieszała mnie: „Zobaczysz, kiedyś spotkacie się z Łobuzkiem, wróci do ciebie, może w ciele innego kota...” Gdybym ja wierzyła w reinkarnację, rzeczywiście mogłabym sądzić, że w ciele czarno-brązowego Pieszczocha o pomarańczowych oczach wrócił do mnie mój ukochany popielaty kot. Ale, niestety, nie wierzę...

Pieszczoch śpi
Najedzony Pieszczoch śpi


Marzec 2011     Na przedwiośniu

Już wiosna wisi w powietrzu i przynosi z sobą to co zawsze: zapach rozmiękłej ziemi, wychylające się spod śniegu krokusy, śpiew ożywionych ptaków. A koty znoszą do domu pierwsze kleszcze, które nie chcąc, aby pozostały na dywanie i meblach, muszę wybierać z ich futra. Na szczęście wyszukiwanie kleszczy w kocim futrze opanowane mam do perfekcji. Najskuteczniej robiło się to u Łobuza. On miał tak jedwabiste, delikatne futerko, że głaszcząc kota wyczuwałam na nim nawet małego, łażącego, jeszcze nie wkręconego kleszcza. Zawsze po powrocie ze spaceru Łobuzek kładł się na fotelu i pozwalał na dokonywanie poszukiwań. A gdy znalazłam owada już wkręconego w ciało kota, wystarczyło powiedzieć: „Łobuz, kleszcz” a kot zamierał nieruchomo i cierpliwie czekał na zakończenie operacji.

Łobuz na fotelu       Łobuz na kolanach
Łobuz na swoim fotelu i na moich kolanach

Amaretto nie jest taki cierpliwy, więc nie wyciągam z niego kleszczy. Niech jego pani też ma trochę przyjemności ;) Za to muszę czyścić futro Tekili i Pieszczocha. Ten dopiero przynosi na sobie menażerię. Założyłam mu obróżkę przeciwpchelną i odblaskową.
Kot przychodzi do nas późno w nocy a kiedyś zauważyłam go po drugiej stronie ruchliwej ulicy – niech więc będzie w nocy bezpieczny. Niestety, po dwóch tygodniach Pieszczoch wrócił bez obróżki. I znowu pytanie: zgubił, czy zdjął mu jego właściciel? Na Łobuzku i Prążku obróżki trzymały się zaledwie przez kilka dni. Z reguły kotki gubiły je po kilku spacerach, więc po pięciu obróżkach zrezygnowałam z ich zakładania. A na początku starałam się – kupowałam śliczne, welurowe, zdobione świecącymi kryształkami i wyhaftowywałam na nich imiona kotów i adres. Gdy kiedyś szukałam Łobuza w okolicznych chaszczach, odnalazłam jedną z nich – była przecięta równo, bez poszarpanych brzegów. Tak, jakby przeciął ją człowiek. Można więc było snuć domysły, że może kot zaczepił się o coś i ktoś go uwolnił? Stwierdziłam wtedy, że obróżki nie są takie bezpieczne w przypadki kotów, które wędrują po gęstych zagajnikach i łażą po drzewach.

Od kilku dni nie ma Buzuka. Zaczynam się o niego niepokoić, choć Iwonka mówi, że pewno poszedł na panienki – to przecież taki czas.

Amaretto też pojawia się u mnie rzadziej, pewno też poluje na kociaki. Ostatnio miał w domu przykre przeżycie – zrzucił na podłogę moją maszynę do szycia. Jak on to zrobił? Po prostu spał za maszyną i pewno było mu ciasno. Rozpierał się, rozpierał, aż buch... maszyna poleciała na podłogę. Teraz mam połamanego Singiera i z lekka zestresowanego kota. Ale nie krzyczałam na niego, to przecież nie jego wina. I wystarczy, że mój mąż na niego pokrzykuje, gdy Amaretto znaczy meble w domu, przez co kot jest bardziej nerwowy. Nie może się powstrzymać, aby nie znaczyć, ale wie, że mu nie wolno. Więc, gdy mąż podnosi głos, kot biegnie do drzwi i miauczy, aby go wypuścić. Teraz stosuję taki system: gdy Amaretto wchodzi do domu i po posiłku spaceruje, aby zaznaczyć swój teren, chodzę za nim z gazetą i podkładam pod niego. Kot po obejściu dwóch pokoi układa się do spania za maszyną do szycia, ja gazetę wyrzucam i jest już spokój.

Amaretto
    Żal mi tego Amaretta: babka go nie chce i na niego warczy, córka Sąsiadki go nie lubi, mój mąż krzyczy na niego. Może dlatego Amaretto jest taki zestresowany, rzuca się do ucieczki na każdy głośniejszy dźwięk, nie lubi, aby go dotykać, a jeżeli ktoś go głaszcze to jednocześnie mruczy i popiskuje nieszczęśliwie. A jest taki śliczny i łagodny. Futerko odziedziczone po tatusiu, Łobuzku, ma milutkie i czarno – popielate, przechodzące w siwy kolor tuż przy skórze. Pyszczek, odziedziczony po stryjku Prążku, słodki i niewinny. Charakter też łagodny – Amaretto przechodzi koło innych kocurów bez awantur, nie wdaje się nawet w pyskówki, które często stosują kocury, gdy gdzieś natkną się na siebie. Nie widziałam też, aby kogokolwiek zaatakował. I jedyną jego wadą jest to, że znaczy swój teren.

( A swoja drogą Prążek i Łobuz nigdy nie znaczyły w domu, a przecież mieszkały we dwóch i obydwa też były niewysterylizowane. Ale widocznie jako bracia z tego samego miotu nie stanowiły dla siebie konkurencji).


Amaretto i Buzuki
Amaretto i Buzuki

Marzec 2011     Odnaleziony Buzuczek

Buzuczka nie było prawie tydzień. Martwiłam o niego coraz bardziej i coraz gorsze wizje nasuwała mi moja wyobraźnia. Wreszcie kilka dni temu wyszłam z pracy wcześniej i poszłam zbadać teren za naszym osiedlem. Śniegi już w większości zeszły i odsłoniły poprzyginane do ziemi badyle i sterty gałęzi z jesiennego cięcia drzew. Nie było łatwo chodzić wśród nich, tym bardziej, że mimo cięcia dużo głogów ma jeszcze nisko rozpostarte nad ziemią kolczaste gałęzie. Co prawda teren jest teraz odkryty i łatwo go zlustrować wzrokiem, ale przy założeniu, że kot mógł się gdzieś ukryć chory lub ranny, należałoby zajrzeć pod każdą stertę chrustu. Nawoływałam więc Buzuczka,licząc na to, że sam się pokaże lub odezwie. Pod siatką odgradzającą opuszczony magazyn zauważyłam przywiązaną do słupka urwaną żyłkę nylonową. Czy to pozostałość wnyków? Czy to tu zginęła Zorbka? Nie widziałam tej żyłki w styczniu. Co prawda, wtedy leżał tu spory śnieg, a żyłka przywiązana była na poziomie ziemi. A może teraz złapał się w to Buzuczek i ktoś go już zabrał?

Zbierało mi się na płacz. Dlaczego to spotyka koty, które znam i lubię? Dlaczego w ogóle spotyka to zwierzęta?

Buzuki

    Po zbadaniu terenu i dojściu do płotu Iwonki, rozczarowana i pewna najgorszych przeczuć jeszcze raz zawołałam Buzuka i postanowiłam wracać do domu. I wtedy go zauważyłam. Stał wśród gałęzi i patrzył na mnie. Nie byłam jeszcze pewna, czy to on. Zawołałam go jeszcze raz i powoli skierowałam ku niemu. Kot bezszelestnie wycofał się, ale ciągle na mnie patrzył.

„Buzuczku, czy to ty? Wyszedłeś na moje wołanie? Patrz to ja, nie bój się. Gdzie byłeś tyle czasu?”
Ale kot czujnie śledził każdy mój krok i w końcu odwrócił się i poszedł w kierunku magazynu. Niepewna jeszcze, ale już z nadzieją zadzwoniłam do Iwony.
„- Wiesz, za twoim ogrodzeniem widziałam kota podobnego do Buzuka!”
„- Tak, właśnie miałam do ciebie dzwonić. Był na tarasie i wtrząchnął michę żarcia”


Boże, co za ulga. Uskrzydlona poleciałam do domu i opowiedziałam wszystko rodzinie. Mąż mówi: „No widzisz, a ty zawsze wymyślasz sobie najgorsze wersje wydarzeń.” No tak, ale niestety kilka razy te moje najgorsze obawy się spełniły...

Niedługo potem Buzuki przyszedł do mnie na taras. Pogruchałam trochę do niego, dając mu odczuć, jak bardzo się cieszę, że się pojawił. Oczywiście przywitałam go smakołykami. Przyjrzałam mu się też dokładnie. Kulał i miał ranę na nodze powyżej stawu kolanowego już zasklepioną, ale dziwnie wyglądającą, bo z obu stron nóżki. Od wewnątrz i na zewnątrz. Wyglądało to na obtarcie. Więc może rzeczywiście coś go złapało za nóżkę i rany powstał na skutek oswobadzania jej? Gdzie ten kot łazi? Jak daleko od domu mam poszukiwać zasadzek? Przecież to jest nie do wykonania!
W czasie penetrowania terenu zapytałam okolicznego, spotkanego mieszkańca z psem, czy nie wie coś o Zorbie i Buzuku. Ponieważ pan okazał się też miłośnikiem kotów, opowiedziałam mu o mojej dawnej walce z kłusownikiem. Na to pan opowiedział mi o tym, jak ich własna kotka została zastrzelona z wiatrówki przez sąsiada. Na ich własnym podwórku i na ich oczach. Kotka spacerowała przy swojej pani i nagle padła martwa. Gdy znaleźli w jej ciele malutką dziurkę od śrutu, który musiał chyba trafić w serduszko i przeanalizowali, skąd oddany był strzał i tak nie byli w stanie nic zrobić. Bo jak facetowi udowodnią, że to on strzelał z okna? A w sprawie kłusownika, pan powiedział, że podejrzewa też jednego sąsiada, ale teraz sytuacja powinna ulec poprawie, gdyż facet został eksmitowany i jego dom stoi teraz pusty. No więc sprawdziłam teren też pod tym względem: czy jakieś pozostałości po tym bydlaku jeszcze gdzieś zwierzętom nie grożą. I znalazłam tylko tę jedną żyłkę.

Buzuki wraca
Buzuki po dłuższej nieobecności wrócił szczęśliwie na taras

Pieszczoch też nie odwiedzał mnie przez jakiś czas. Gdy przyszedł, zobaczyłam u niego dużą i bardzo brzydką ranę na głowie, za uchem. Była podpuchnięta i sączyła się z niej mocno krew zmieszana z wodnistą mazią. Dałam kotu jeść i zamknąwszy wszystkie drzwi do pokojów, aby kot nie rozsiewał mi ropy po domu, próbowałam mu ranę odkazić Rivanolem i wysuszyć. Ale nadaremno – zorientowałam się, że opuchlizna zajmuje dużą część czaszki. Zadzwoniłam więc po weterynarza, który przyjechał całkiem szybko. Postanowił wycisnąć kotu ropę, ile się da. Ja musiałam trzymać Pieszczocha do tej operacji. Na wszelki wypadek założyłam rękawiczki i przyniosłam jakieś szmaty, aby ropa nie lała mi się na podłogę. Wyleciało jej mnóstwo - brr, jakiś horror.

Jak na to, co z kotem wyprawiliśmy, zachowywał się bardzo grzecznie – nie podrapał mnie i nie pogryzł, a musiało go boleć. Na koniec Pieszczoch został wysmarowany płynem antyseptycznym i dostał 3 zastrzyki: przeciwbólowy, antybiotyk i przeciw świerzbowcom. Weterynarz zajrzał kotu do uszu i stwierdził, że chyba to może być przyczyną jego stanu. Po czym skasował dużo pieniędzy, dał w fiolce płyn do przemywania rany i powiedział, żebym go zawołała następnego dnia, gdy kot się u mnie pojawi. Zmaltretowany Pieszczoch jak najszybciej opuścił lokal.

Pieszczoch chory      Pieszczoch j.w.
Pieszczoch przyszedł zaropiały i ze świerzbowcem

I następnego dnia nie przyszedł. Pojawił się dopiero po dwóch dniach, godziną późnonocną, kiedy już nie wypadało zwracać głowy lekarzowi. Przyjrzałam się jego ranie – zagoiła się nadspodziewanie dobrze. Poszłam więc do weterynarza, referując mu sprawę i mówiąc, że przejęta sytuacją nie pokazałam mu jeszcze, jak Pieszczoch łysieje. A kot wyłysiał ostatnio na podbrzuszu i wewnętrznej stronie ud. Lekarz stwierdził, że może to być efekt zarażenia świerzbowcem i żebym kota przyniosła kiedyś do niego na rozpoznanie i dalsze leczenie. Ba, ale jak to zrobić, gdy on znowu przestał mnie odwiedzać?

Pieszczoch się liże      Pieszczoch łysieje
Pieszczoch łysieje na brzuszku i udach.

Cd kroniki - wiosna 2011
do góry

mail