Zwyczaje kotów - kocie gadanie

Przez pryzmat lat

baner górny

Kocie zachowania

18.01.2011     Kocie gadanie

Sypałam właśnie Redsinie jedzenie do miski na parapecie okna, gdy usłyszałam, jak kotka wydaje z siebie charakterystyczny skrzek. Coś jakby „Brekekek, brekekek”. Redsina spoglądała przez okno, pyszczek miała otwarty a dolna warga drgała jej, wydając taki dźwięk. Słyszałam go już parokrotnie i wiedziałam, że oznacza: „Uwaga, ptak!”. Zerknęłam więc przez okno, ale nic nie zobaczyłam. Zwyczajna ulica. Czyżby Redsina się pomyliła? Ale za moment od dachu domu vis-a-vis nas oderwała się sroka i pofrunęła na drugą stronę ulicy. No więc wszystko się zgadza.

Mowa kotów to fascynująca sprawa. Najwięcej potrafią wyrazić za pomocą mowy ciała i tak głównie porozumiewają się między sobą. Istnieje też uniwersalny słownik miauknięć i pomruków, ale każdy ze znanych nam kotów posiada również własny zasób dźwięków, którymi posługuje się w określonych sytuacjach. A to, czy jest bardziej, czy mniej gadatliwy, zależy od jego temperamentu.

Najbardziej komunikatywnym kotem był Łobuz. Śmiałam się nawet, że potrafi ze mną rozmawiać. W każdym razie potrafił mi przekazać wszystko co chciał. A gdy wieczorem leżeliśmy razem w łóżku i Łobuz patrzył mi przed zaśnięciem głęboko w oczy, miałam wrażenie, że wszystko rozumie. ..

Łobuzek
Łobuzek patrzy

Wyniosła i niezależna Metaksa ogranicza się do mruczenia, jeśli łaskawie pozwoli, aby ktoś ją pogłaskał i warczenia na inne koty, które stają na jej drodze.

Wyniosła Metaksa
Wyniosła Metaksa

Jej córka Tekila jest bardziej gadatliwa. Wydaje z siebie na powitanie całą serię krótkich, urywanych „Kłe, e, e, e" kiedy wpada do domu, całkiem jakby kwakała. Gdy przychodzi do kuchni po jedzenie, też potrafi tak o nie poprosić. Mała Czarna kręci się wtedy nerwowo pod naszymi nogami, łasi i gdacze: „No dajcie szybko jeść, nie widzicie, że jestem głodna?”

Tekila gada
Tekila gada

Jej syn, boski Amaretto jest na ogół małomówny, chyba że akurat jest zakochany w swojej babce. Wtedy oczywiście nie spuszcza z niej oczu i mrauczy zachęcająco. Rozkoszne „Mrauuu” rozlega się co jakiś czas a towarzyszy temu głośne i wściekłe „Fuuu!” Metaksy, która na ogół nie ma ochoty na wnuka, choćby nie wiem jak pięknego. Amaretto, który jest kotem bardzo łagodnym i bojaźliwym (Amaretto Waleczne Serce, jak nazywa go czasem prześmiewczo Staś), dziwnie reaguje na głaskanie. Płaszczy się wtedy, jak gdyby dotknięcie ludzkiej ręki go parzyło i żałośnie miauczy, jakby robiło mu się nie wiem jaką krzywdę. Ale nie ucieka, a nawet czasem kładzie się na podłodze, przewracając na plecy i wyciągając szyję do drapania. Wtedy wydaje z siebie jednocześnie mruczenie, co jest wyrazem przyjemności i żałosne miauczenie – takie ambiwalentne zachowanie, które mnie z reguły śmieszy.

Zupełnie inaczej zachowywał się Ouzo. Przez dwa lata mieszkania pod krzakiem u Iwony nie dał się w ogóle dotknąć, aż pewnego razu pozwolił się pogłaskać i jakby coś w nim pękło. Położył się na podłodze i zaczął radośnie gruchać. Od tej pory karmienie go kończyło się zawsze sesją pieszczot, w czasie których kot wił się pod ludzką ręką, wystawiając pod jej działanie coraz inne części swojego ciała a z jego trzewi wyrywało się głębokie, rozkoszne, basowe: „Gruchu, gruchu, gruchu!”.

Ouzo
Ouzo grucha

Szary Kot się łasi




    Pogodnie nastawiony do życia Szary Kot ( przynajmniej od czasu, gdy ktoś się nim zaopiekował i go wykastrował), mówi radośnie „Miau” na powitanie. Jeżeli spotykamy się akurat na ulicy, Szary Kot odgrywa cały teatr. Podbiega do mnie z radością na swych długich nogach z podniesionym jak chorągiew ogonem, przebiega mi drogę i kładzie się u moich stóp. Czochra się po trotuarze, wyraźnie dopraszając się o głaskanie. Co robić? Muszę się pochylić i kilka razy go pogłaskać. Ale po zrobieniu kilku kroków sytuacja się powtarza. Kot kładzie się na mojej drodze a głośne „Mruuu, mruuu” dopinguje do działania. Dopiero gdy jesteśmy blisko domu, kot zrywa się do biegu, wyprzedza mnie i zatrzymuje przed drzwiami, czekając z niecierpliwością na wpuszczenie do środka. I pomyśleć, że to pogodne, zawsze zadowolone z życia zwierzę było kiedyś głównym antagonistą Łobuza i nawet raz skoczyło na Stasia i ugryzło go w udo...

A Redsina? A Redsina to najciekawszy przypadek. Kiedy była jeszcze dziką kotką nie umiała w ogóle mówić. Prosząc o wpuszczenie do domu, stawała słupka, oparta przednimi łapkami o szybę drzwi, patrzyła na nas i otwierała pyszczek, jakby miauczała. Ale robiła to całkowicie bezgłośnie. Dopiero po zamieszkaniu u nas zaczęłą obserwować Łobuza z wyraźnym zdziwieniem. Łobuzek, kot bardzo impulsywny i przywiązany do mnie, miał bardzo bogaty repertuar dźwięków, którymi wyrażał swoje potrzeby i nastroje. A w dodatku był bardzo głośny. Jego miauczenie, którym anonsował czasem powrót do domu, słychać było z daleka, tak samo jak skargi lub wycie, gdy spotkał na swej drodze Szarego Kota. Bezgłośna Redsina była tym wyraźnie zdziwiona, ale po jakimś czasie wydała swoje pierwsze, nieśmiałe „Miauu”. I do dzisiaj miauczy cichutko. Gdy czasem niechcący zamknie się ją za jakimiś drzwiami, w ogóle nie słychać jej wołania o ratunek.
Ale repertuar znacznie jej się powiększył. Gdy słyszę głośne, wojownicze „Mraaa-Auuu!” z akcentem na drugi człon, wiem, że stanęły sobie na drodze z Metaksą i Redsina ostrzega konkurentkę: „To mój dom, ja tu rządzę!” Cichutkie, rzewne „Miaa-auuu” jest prośbą o wspólną zabawę z przyniesioną w pyszczku myszą. Gdy leci ptak, Redsina informuje „Brekekek”. Groźne „Wrrr” rozlega się, gdy któryś z obcych kotów chce dostać się do ostatniego bastionu Redsiny, czyli łóżka, w którym razem śpimy. A „Mruuuu,mruuu” jest oczywiście zarezerwowane dla nas, ludzi, gdy odbywamy intymne rytuały usypiania kota z głaskaniem, udeptywaniem nas łapkami i lizaniem naszych ubrań. Tak więc Redsina jest przykładem kota, który nauczył się zachowań społecznych i komunikacji od swojego przyjaciela :)

Redsina
Redsina mruczy

Ale i tak wszystkie koty bardziej czy mniej elokwentnie, werbalnie czy sugestywną mową ciała, jednakowo skutecznie potrafią prosić o to, co dla nich najważniejsze: o michę!

22.01.2011     Szał szopkowy

Kupiliśmy ją w Betlejem, u źródła. Wśród moich drewnianych świątkowych zbiorów brakowało mi szopki betlejemskiej a ta w dodatku miała ładne figury i wykonana była z pachnącego drewna oliwnego. Przywieźliśmy ją do domu i pozostawiliśmy na prawie rok w pudełku na stryszku. A w dzień przed Bożym Narodzeniem, po ustawieniu w pokoju choinki, przyniosłam z góry szopkę i zaczęliśmy wyjmować z pudełka figurki. Już wtedy przysunął się do nas Łobuz i wyraźnie zainteresowany wlazł do pudełka, trącając noskiem papiery, w które zawinięte były rzeźby. Wyciągając je spod kociego nosa, ustawiliśmy figury ładnie pod choinką. Na krótko. Kot nagle jakby dostał amoku. Przewrócił jednego z pasterzy i zaczął się o niego ocierać. Najpierw tylko łepek i uszka. Potem położył się na boku i ściskając łapkami kawałek drewna, przyciskał go do swojego gorsu. Istna ekstaza!! Już po chwili głowa pasterza całkiem naturalnie trafiła na pyszczek kota, który zaczął ją wylizywać, aby za chwilę ocierać się o nią tak intensywnie, jakby chciał ją całą wetrzeć w siebie.

-„Trzeba mu to zabrać! Tam są nie wiadomo jakie arabskie zarazki. I jeszcze się pochoruje od tego lakieru.”
    -„Szopka nie jest lakierowana. Wiesz, że nie lubię lakierowanego drewna. Ma być naturalne i pachnieć sobą”
    -„To na pewno pachnie! Jak waleriana i kocimiętka razem wzięte... Ale i tak mu zabierz, nie wiadomo, czym to popsikali, może jakimś środkiem konserwującym”

Dobrze powiedzieć, zabierz mu. Łobuz tymczasem porzucił jedną rzeźbę i władował się całym sobą do szopki, rozwalając wszystkich pasterzy, krówki i królów. Prysnęli na bok Matka Boska i św. Józef, gdy kot potraktował żłobek z Jezuskiem Malusieńkim jako podgłówek i rozkosznie zaczął się tarzać we wnętrzu domku.

Pozbierałam figury, mówiąc: „Spróbuję je wyszorować mydłem. Zapach zostanie, ale może pozbędę się zarazków i tych środków konserwujących”. Rzeczywiście trochę pomogło. Po wyschnięciu i wywietrzeniu figurki przestały już działać na Łobuza jak narkotyk, ale i tak trzeba je było często poprawiać w szopce.

Śliczny Łobuzek
Rozkoszny Łobuzek

Dwa lata później szopka tak samo wpływała na Szarego Kota. Ilekroć nas odwiedził, zatrzymywała go po drodze do kuchni, która była przecież celem jego przyjścia. Szary tarzał się w szopce, wylizywał jakiegoś nieszczęsnego króla czy baranka, aby potem wycierać go sobą, jakby chciał go wypolerować.

Szary Kot w szopce
Szary Kot w szopce

Przed tym Bożym Narodzeniem Asia umieściła szopkę nie pod choinką, ale na bocznym stole, sugerując, że uchroni ją to od nadmiernego kociego zainteresowania. I tak było do czasu, aż odkrył ją Amaretto. Zwabiony jej zapachem, zajął się nią dokładnie pod naszą nieobecność. Któregoś dnia znaleźliśmy go śpiącego na stole wśród poprzewracanych rzeźb oraz mokrą plamę na obrusie pod jedną z nich – ależ się musiał nalizać... Kotom nie wolno łazić po stołach a co dopiero na nich spać i generalnie koty się do zakazu stosują. Ale widocznie niebiański aromat otumanił kota i zmęczonego ekstatycznymi wrażeniami, zmorzył „hajowym” snem. Na szczęście było to już po świętach i na stole nie stały żadne ciasta.

Amaretto przy szopce
Amaretto przy szopce

Teraz, gdy jestem w kuchni i słyszę w salonie stukot drewna o podłogę, wiem, że dobrał się do szopki któryś z kotów. Nie przeżył tego król Baltazar, który zrzucony na podłogę, stracił głowę i dołączył do licznego grona moich sklejanych rzeźb. (Przed kilkoma dniami Kalua, wspinając się na regał, zdekapitowała też konia w drewna gruszkowego – choć oddając jej sprawiedliwość, muszę przyznać, że zgrabna kotka sama by tego nie zrobiła - wydzierała się rozpaczliwie, gdy chciałam ją w tego regału zdjąć w obawie o swoją kolekcję oczywiście). Co ciekawe szopką zainteresowane były tylko kocurki, ani Redsina, ani Metaksa czy jakaś Mała Czarna, nawet na nią nie spojrzały.

Aż do dziś. Wchodzimy ze Stasiem do pokoju i widzimy jak Redsina siedzi przed szopką i ją obwąchuje. Po chwili odwraca łepek do nas z tym swoim niewinnym, słodkim wyrazem buzi, który ma tylko ona i kiedyś miał Prążutek. Prędko poleciałam po aparat fotograficzny, ale gdzie tam. Redsina zobaczywszy wysuwającą się tubę zanurkowała pod stół i po sesji ...

P.S.
Czego nie udało się zrobić wtedy, dokonałam rok później. Oto dowód: Redsina z szopką

Redsina przy szopce
Redsina przy szopce - ach, jaka smaczna była ta krówka...

Redsina przy szopce
Kiziu - miziu



Jak Metaksa na karpia polowała                              do góry

mail