Przez pryzmat lat

baner górny

Kronika domu szczęśliwych kotów

Październik, listopad 2011     Witaj córeczko

Amaretto na futrzaku 20.10      Witaj córeczko

     Wczoraj kupiliśmy dla Redsiny dietetyczną karmę, bo znowu ma krew w kupce, ale ona jej nie chce (karmy, kupki zresztą też). Za to Amaretto, jak najbardziej (karmę), mimo, że generalnie on chce jeść tylko ludzkie jedzenie. Amaretto przychodzi ok. 20 -tej, zjada ludzkie jedzenie (surowe mięso - no tak: tatara lub suszi), pasztet lub parówkę i biegnie spać na górę za maszynę do szycia lub zwija się w kłębek na fotelu na ulubionym łobuzkowym i prążkowym futrzaku.
     Tata zabrał się za robotę tarasu, oczywiście wtedy, gdy ja chciałam pod tarasem urządzić zimowy domek dla kotów (zwłaszcza dla Buzuczka). Ale i tak chwała mu za to!

7.11
     Co u Ciebie? Tata robił taras przez dwa tygodnie i codziennie miał go zakończyć, ale czegoś mu brakowało: a to śrubek, a to podkładek. A ja przez cały czas cierpliwie czekałam, aby móc pod tym tarasem urządzić schronienie dla kotów. Doprawdy, sama się podziwiałam. Przez ten weekend znowu robiliśmy taras, bo tata wpadł na pomysł, aby korzystając z pięknej pogody, wyrównać mu brzegi, a potem go wyszlifować. Kupił w tym celu szlifierkę za jedne 100 zł i cała sobotę warczał nią i kurzył żółtym pyłem po całym ogródku. I potem trzeba było malować jeszcze raz to, co już raz zostało pomalowane przed położeniem desek. Ja zaś odkurzałam wieczorem przy świetle latarki taras i bruk, aby tego pyłu nie wdychać i żeby można było pomalować deski. A potem oczywiście pilnowałam kotów, aby po tym tarasie nie łaziły. W sobotę mi się to udało a w niedzielę tata malował taras drugi raz i w trakcie tego 4 koty przeleciały się po tym tarasie, zostawiają ślady łapek. Redsina, bo ona była pierwsza, miała po tym operację mycia łapek i była bardzo tym rozżalona. Niestety futerka między paluszkami nie udało mi się zmyć i Retsi będzie miała teraz żółte stópki. Amaretto najpierw ganiał się ze mną po tym tarasie w te i wewte – a jak chciałam go wypłoszyć, to na mnie fukał i potem bałam się myć mu nóżki. U Pieszczocha na czarnym futerku nie ma śladów, a Buzuki przyszedł dopiero o 5 nad ranem, więc chyba się nie wymalował.
Więc widzisz, mamy ciekawie.
     W trakcie jak tata pracował nad tarasem, ja naprawiałam kanapkę wiklinową (dla kotów) i przymierzałam się do osłonięcia tarasu od spodu. Generalnie już bym to zrobiła kilka razy, ale zawsze wtedy przychodzi tata z kolejnym narzędziem i coś poprawia. Za to taras mamy teraz już całkiem ładny
Całuski - Mama

9.11      Witaj córeczko
     Ostatnio u nas znowu pojawia się komplet kotów. Chyba czują zbliżającą się zimę, bo jakby chciały najeść się na zapas. Przoduje w tym Pieszczoch, wyglądający jak pyton (z „Małego Księcia”), który zjadł słonia. Naprawdę obawiam się, że ten kot kiedyś pęknie. I nigdy nie ma dość. Inne koty odchodzą od jedzenia po jakimś czasie, ten nigdy! Z obawy o jego bezpieczeństwo zamykam go na jakiś czas w gabinecie, aby mógł tam spokojnie trawić. Przecież, jak go wypuszczę z domu, poleci do michy do sąsiadki!
     Buzuczka zastałam dwa razy śpiącego na naszym ogródku, co bardzo mnie ucieszyło, bo przecież z myślą o nim szykuję pod tarasem koci domek. Zasłoniłam folią przestrzeń między stopniami, zostawiając dwa wejścia. Pod schodami położyłam świeżo obszytą gąbkę. Pod taras wstawiłam naprawioną sznurkiem wiklinową kanapkę, na której położyłam gąbkę i stary polar taty a obok postawiłam koci domek. Tył tarasu zabezpieczyłam styropianem. Muszę jeszcze wymyślić, jak zamknąć największą dziurę z boku.
     Amaretto ciągle boi się psa w swoim domu i przychodzi do nas regularnie co wieczór i sypia grzecznie do rana. Nie przeszkadzają mu nawet głośne mecze czy koncerty rockowe oglądane przez tatę. Mniej grzecznie zachowuje się Kalua, gdyż to ona zasikała mi 3 razy kapcie, z czego raz bezczelnie na moich oczach (myślała pewnie potwora, że śpię i jej się upiecze).
     Ostatnio do listy naszych gości aspiruje również Bandżo, który parokrotnie chciał wejść do domu i kilka razy mu się udało, gdy pomyliliśmy go z Amaretkiem. Bandżo zwiedza dom, nie odmawia poczęstunku i jest wyraźnie zainteresowany Redsiną. Ona, niestety, nie odwzajemnia tej sympatii i fuczy na niego, strosząc uszy - ale też wyraźnie się go boi. Wczoraj musiałam interweniować, gdyż Bandżo rozczarowany reakcją kotki, też przybierał już postawę bojową, sygnalizując to uszami. Wzięłam go na ręce i wyniosłam z domu. Jaki on jest cudownie milutki, jak Łobuzek, tylko tak ze 3 razy od niego cięższy.

Bandżo niewiniątko     Bandżo bada futrzak
Bandżo próbuje się zagnieździć

Bandżo odpoczywa
Bandżo zagnieżdżony? Tylko do momentu pojawienia się Amaretta!

Przedwczoraj doszło u nas w domu do krótkiego spotkania dwóch głównych antagonistów. Ja wpuściłam Bandżo, myśląc że to Amaretto, który zresztą po chwili też się zjawił się, wpuszczony przez tatę. Natknęli się na siebie nieoczekiwanie dla nich obu na środku salonu i tu Amaretto wykazał się większym refleksem – zareagował od razu warczeniem i ustawiając się z półprofilu i odwracając uszy do tyłu, ... stanął słupka! W życiu nie widziałam u kota takiej postawy. Widocznie Amaretto chciał się wydać większy potężniejszemu rywalowi, bo przecież nie jest to pozycja dogodna do ataku. Wyglądało to niesamowicie a ja szybko złapałam Bandżo i wyeksmitowałam go z domu.
     Wczoraj Amaretto nie przyszedł do nas ani na jedzenie, ani na spanie. Już się zaczęłam niepokoić, czy nic mu się nie stało, ale wracając z pracy spotkałam gospodynię naszej Sąsiadki i spytałam o niego.
„- A był u nas cały dzień i noc. Ja go złapałam i zamknęłam w pokoju, racząc przysmakami – i mięsko mu dawałam i szynkę konserwową otworzyłam, aby poczuł się w domu jak najlepiej. A potem wróciła jego Pani i zostawiła go na noc. Jak ona go pieściła!! Ale, wie pani, ten pies był tak zazdrosny, że podarł zębami powłoczkę z poduszki i zrobił dziurę w poduszce i pierze wyleciało na cały pokój.”
Słuchałam tego ze współczuciem dla Sąsiadki, ale też z lekkim uczuciem satysfakcji, że Amaretto doczekał sytuacji,gdy jego Pani dała mu odczuć, że jest ważniejszy od psa.
Całuski - Mama

Listopad 2011     Bandżo rządzi

Bandżo na tarasie Jesień mamy w tym roku wyjątkowo suchą i pogodną. Cały listopad był raczej ciepły, tylko kilkakrotnie nocami temperatura spadała do ujemnej. To spowodowało, że mogłam w spokoju wykończyć domek dla kotów pod schodami i tarasem. Ale teraz nie wiem, czy efekt tego będzie dla mnie zadowalający. Wszystko wskazuje, że w domu zamieszkał Bandżo, zamiast bezdomnego Buzukiego, dla którego to schronienie szykowałam. Bandżo, który wykorzystuje swoją potężną posturę do ustalenia osiedlowej hierarchii i na widok którego wszystkie koty warczą, fuczą i stroszą się – zarówno panowie jak i panie. Jak zniechęcić kota, który ma swój ciepły, przyjazny dom i kochających go (kota) właścicieli, aby nie anektował schronienia, które przygotowałam dla biednego dzikuska? Musiałabym co chwila sprawdzać zawartość schowka i relegować stamtąd niepożądanego kocura a i tak zapach po nim zostanie i Buzuki będzie bał się tam zamieszkać.

A poza tym, co mam wtedy zrobić z Bandżo, skoro on najwyraźniej postanowił spędzać noce na dworze. W domu go nie przetrzymam, bo tu śpi Amaretto, który jest jego głównym antagonistą. Dwa razy w nocy odniosłam Bandżo do właścicieli (odważyłam się, bo widziałam zapalone światło, mimo dość późnej pory). Ale oni znają swojego pięknego zwierzaka, jako łagodnego i łasego na pieszczoty, bo taki jest wobec ludzi. U mnie zresztą jest taki sam. Przychodzi ciekawy domu, przez który przewija się dużo kociego towarzystwa i widocznie spragniony tego towarzystwa. Ale inne koty reagują na niego alergicznie, mimo że w stosunku do dziewczyn zachowuje się bez zastrzeżeń. Albo boją się tego, że jest taki duży, albo wyrobił już sobie złą renomę w kocim środowisku. I kiedy dziewczyny warczą na niego, nawet go on tylko bezczynnie leży, kocur w końcu denerwuje się, końcówka ogona zaczyna mu latać, kładzie po sobie uszy i wtedy muszę go wziąć na ręce i wynieść z domu.

Bandżo w kuchni
Bandżo zalega w kuchni

Bandżo zdenerwowany
Bandżo rusza z lekka ogonem

A Bandżo w stosunku do osiedlowych kocurów jest w dalszym ciągu agresywny. Wczoraj widziałam, jak na tarasie u Sąsiadki, która wystawia tam jedzenie dla swoich kotów, ciągle się łudząc, że ściągnie tym do domu Metaksę, Tekilę i Amaretta, ( a przy okazji tuczą się tym jedzeniem też inne koty, w szczególności Pieszczocha), doszło do scysji między Bandżo a grubym, wykastrowanym Białym Kotem, należącym do Trochę Dalszych Sąsiadów i Bandżo tego grubego, nieruchawego, starszego kota po prostu zepchnął łapą z tarasu, tak że ten nawet chyba nie zdołał obrócić się, aby wylądować na 4 łapy.

BUzuki je w drzwiach Parę dni temu Bandżo wszedł do naszego domu, gdy karmiłam Buzuka w kuchni. Nie udaje nam się wtedy zamknąć drzwi od ogrodu, gdyż Buzuki ucieka, gdy tylko się do nich zbliżymy. I gdy Buzuczek zajadał w najlepsze frykasy, stanął w drzwiach kuchni Bandżo, odcinając mu możliwość ucieczki. Na szczęście zaskoczenie obu kotów zdołałam wykorzystać tak, że obeszłam bokiem zaszachowanego Buzuka, złapałam Bandżo, który zaczynał już szykować się do przyjęcia bojowej pozycji i wyniosłam go do kociego więzienia (gabinetu), aby tam przeczekał karmienie mojego ulubionego dzikuska. Wypuściłam go na ulicę dopiero wtedy, gdy Buzuki kończył kolację na ogrodowym tarasie. Ale ten koci potwór wcale nie oddalił się od naszego domu i po chwili usłyszałam znajome wycie.
Wyszłam na ulicę. Wycie dobiegało spod samochodu sąsiadów. Zagadałam do kotów łagodnie i Buzuczek wyczołgał się spod samochodu i chciał uciec przez sztachetki w parkanie do ogrodu sąsiadów, ale pupka mu się między prętami zakleszczyła. A Bandżo, zanim w ogóle zdołałam zareagować, wyskoczył za nim i dwa razy przejechał mu łapą po tym wypiętym zadku.

Całemu zdarzeniu przyglądała się spod innego samochodu Tekila, która zawsze jest w miejscu, gdzie dzieje się coś ciekawego. Gdy złapałam Bandżo, przypadła do mnie i, bardzo podekscytowana, gdakała coś po swojemu. Poszła też za mną do Sąsiadów Lekarzy, jak prawdziwa, podniecona awanturą kumoszka.

Ciekawska Tekila
Ciekawska Tekila

Właśnie wtedy zaniosłam Bandżo do jego właścicieli, aby dać Buzukowi szansę na ucieczkę. Było już po północy, drzwi otworzył mocno zażenowany syn Sąsiadów Lekarzy i zaczął przepraszać za kota – zupełnie niepotrzebnie, gdyż to nie jego wina, że w młodym zwierzaku buzuje testosteron. A jak trudno zatrzymać kocura w domu, gdy ten chce wyjść, wiem, bo przecież miałam Łobuza.

Bandżo na balustradzie Zażenowanie chłopca brało się też pewnie z tego, że już raz miał ze mną kontakt prawie rok temu, gdy Bandżo był mały i zaczął wychodzić na dwór zimą. Było też po północy, zbierało się na mróz i Sąsiedzi Lekarze wołali kota do domu a ten w najlepsze buszował po moim ogrodzie. Poszłam więc do nich, mówiąc, że mogą przyjść do mnie po tego swojego skarba. Syn Sąsiadów (równie śliczny, jak jego podopieczny) przeszedł przez nasz dom do ogródka, ale kot uciekł przed nim na ulicę. Więc chłopak wyszedł na ulicę po kota, ale on hop! – przeskoczył przez bramkę z powrotem do ogrodu. Chłopak krępował się kręcić po nocy po naszym domu, bezskutecznie wołał futrzanego dowcipnisia, aż powiedziałam mu, aby przeszedł do nas przez płot. Mocno już zdenerwowany chłopiec przelazł przez płot, ale gdy już sięgał nogami ziemi, kot znowu hop! – tym razem na ulicę. Patrzyłam na to z domu i myślałam, że się skręcę ze śmiechu. Zlitowałam się więc nad młodzieńcem, sugerując, że najskuteczniej będzie chyba ściągnąć kota do domu jakimś przysmakiem. Chłopiec znowu przeszedł przez płot ( kot wlazł wtedy pod samochód, wyraźnie ciesząc się z tej zabawy) i udał się do domu po kiełbasę, a Bandżo... truchcikiem poleciał za nim. Bardzo zabawny przykład kociej niezależności.


Grudzień 2011     Koci terror

Grudzień upłynął nam pod znakiem jesiennej pogody, chorób gardła, przygotowań do świąt i radosnego świątecznego czasu, spędzonego z całą rodziną, w tym z córką, która na 2 tygodnie przyjechała do domu.
I byłby to wspaniały czas (mimo chorób), gdyby nie koci terror, który rozplenił się na naszym osiedlu. Bandżo, który do tej pory napastował spotykane na swej drodze koty, gdyż chciał cały teren zaanektować dla siebie, najwyraźniej dopiął swego. Nie tylko sypia pod moim tarasem w nocy, skąd od biedy mogłabym go wyganiać lub odnosić do jego domu, ale spędza też czas na naszym i Sąsiadki ogrodzie w ciągu dnia, gdy jesteśmy w pracy i wtedy już nie możemy go wypłoszyć. Cały okoliczny teren znaczy swoim zapachem, w tym także nasze drzwi, płoty i krzaki, więc koty omijają nas z daleka.

Wystraszony Szary Kot





    Przestał przychodzić do nas Szary Kot - choć na ulicy podlatuje do mnie radośnie, jak dawniej, ale idzie za mną już tylko kawałek i wyrywa się, gdy chcę go zanieść do siebie. U nas zjada coś szybko i nerwowo, powarkując nawet i w pośpiechu wybiega, nie bawiąc się już w dotychczasową zabawę z lataniem od drzwi do drzwi.

Nie pojawia się Pieszczoch od czasu, gdy rano dobierał się do worka ze śmieciami (pewno pachniało mu tam jakieś jedzenie) a Bandżo dobrał się do niego od tyłu, skradając się ze swego schowka pod schodami. Obudzona wrzaskiem kocim, wypadłam na taras, aby zarejestrować na nim kocie kłaki a pod tarasem dwa zwierzaki w pozycjach bojowo – obronnych. Postawiłam między kocurami kawałek styropianu, czym zdekoncentrowałam napastnika i zabrałam Pieszczocha. Nakarmiłam go potem i zostawiłam w domu na kilka godzin, ale i tak od tej pory się nie pokazał. Nie martwię się wszakże o niego, gdyż Pieszczoch miał zawsze okresy dłuższej absencji w naszym kocim pensjonacie.

Martwię się za to o Buzuczka. Buzuki na początku grudnia znowu spotkał się z Bandżo przy spożywaniu kolacji w kuchni i co prawda udało mi się bez awantur zamknąć Bandża w kocim więzieniu (gabinecie) na czas karmienia mojego podopiecznego, ale chyba Buzuki bał się potem przychodzić, gdyż nie pojawił się przez tydzień.

Po paru dniach poleciałam za nasze osiedle, aby go poszukać. Nie znalazłam go ani śladu jego bytności w opuszczonym magazynie, gdzie zostały już tylko puste, pootwierane blaszaki. Na szczęście nie znalazłam też wnyków, gdyż teren okazał się być mocno oczyszczony z głogów i malinowego chruśniaku. Zaś na miejscu dawnych głogów spotkałam pana, który ścinał drzewka i palił je w wielkim ognisku. Całkiem więc możliwe, że Buzuczek wystraszył się hałasu piły i ogniska i opuścił w ogóle teren, gdzie dotychczas czuł się bezpiecznie i prawdopodobnie mieszkał. Siła złego na jednego – nie dość, że mu niszczą mieszkanie, to jeszcze po jego terenie grasuje koci potwór, który na niego napada.

BUzuki

     Kiedy po tygodniu nieobecności Buzuki pojawił się jednak na moim tarasie, ucieszyłam się oczywiście bardzo. Wbiegł szybko do kuchni i zajadał przysmaki. Ale zachowywał się bardzo nerwowo, ciągle zerkał za siebie, nasłuchując każdego szmeru. Nie bawił się też w naszą ulubioną zabawę w stanie słupka i łapanie jedzonka w łapki. Szybko zakończył jedzenie, nie chciał swoim zwyczajem posiedzieć na tarasie, czekając na deser, nie chciał posiedzieć w pokoju, jak to już czasem bywało. Po prostu zjadł i szybko wybiegł z domu. I tyle go widziałam. Od tej pory nie pojawił się a minęły już przeszło dwa tygodnie.

Czy rzeczywiście opuścił teren, w którym przestał się czuć bezpiecznie? Czy zmienił tylko stołówkę na inną, spokojniejszą? Przecież, gdy poprzednio nie było go tydzień, gdzieś musiał się pożywiać, bo nie wyglądał po powrocie na chorego, czy zagłodzonego. Więc może nie tylko ja byłam jego karmicielką i teraz, wystraszony, wykalkulował sobie, że nie opłaca mu się do mnie przychodzić i narażać na stres. A może jednak stało mu się coś złego – wykarczowany teren dochodzi teraz bezpośrednio do ruchliwej jezdni, która przez pół roku była zamknięta ze względu na budowę a ostatnio puścili na niej znowu samochody i autobusy. A koty przez ten czas odzwyczaiły się od ruchu ulicznego...


     Jakby nie było, to moja całoroczna praca nad oswojeniem i zapewnieniem opieki nad młodym dzikuskiem spaliła na panewce. Gdzie jesteś Buzuczku?

Ziewający Buzuki   Śpiący Buzuki
Jeszcze nie tak dawno Buzuki był u nas zrelaksowany

Ziewający Buzuki  Śpiący Buzuki  Ziewający Buzuki
Udawało się nawet zrobić mu sesję fotograficzną

Ciężko ma również Amaretto, gdyż nie czuje się już bezpiecznie na własnych włościach. O ile przedtem bał się pójść do swojego domu ze względu na psa, to teraz boi się również przyjść do mnie, ze względu na innego kota. Przestał przychodzić do nas na noc a na jedzenie wpada coraz rzadziej, później kręci się nerwowo po domu i gdy wyczuje obcy zapach, biegnie do drzwi, abym go wypuściła i fuczy na mnie z wyraźnym wyrzutem. Wychodzi na taras na sztywnych nogach i przed zejściem ze schodów ostrożnie opuszcza łepek poza krawędź tarasu, aby skontrolować, czy nie ma wroga pod spodem.

Wystraszony Amaretto

     Jest bardzo znerwicowany. Sterczące siwe kłaczki w ciemnym futerku świadczą o tym, że ciągle na swojej ścieżce spotyka nieprzyjaciela i próbuje z nim walczyć o swój teren. Ale jakie on ma szanse, gdy Bandżo jest od niego dużo większy, cięższy i ma dłuższe i potężniejsze kły. Jak mają sobie nasze zwykłe koty poradzić z agresywnym osobnikiem, który jest mieszańcem z wielkim, rasowym kotem?

Potargany Amaretto

Żal mi bojaźliwego i wrażliwego Amaretta, bo już historię z psem, sprowadzonym do jego domu, przeżywał mocno. Ale od początku jesieni kot wydawał się być uspokojony i zadomowiony u nas i nawet mruczał bez jednoczesnego miauczenia. I wszystko się znowu zepsuło. W tym miesiącu zaledwie parę razy udało mi się skłonić go do zostania w domu i przespania się. Najczęściej było to wtedy, gdy wcześniej zabrałam z ogrodu Bandżo, który szedł spać na dotychczasowym miejscu Amaretta za maszyną do szycia (tak sobie wymyślił, aby chyba do końca pognębić przeciwnika). Godzę się na to, gdyż zamykam go wtedy w najmniejszym pokoju, który mogę potem szybko wymyć (przecież ja muszę ciągle sprzątać ślady zostawiane przez to zwierzę, abyśmy nie żyli w smrodzie i aby Amaretto go nie wyczuł). I wtedy, gdy po zabraniu Bandża, teren wydaje się Amaretkowi czysty, kot przychodzi do domu i zjada przysmaki, które przygotowuję dla niego. Jeżeli kot chce potem opuścić dom i ustawia się przy drzwiach wyjściowych, udaję, że go nie rozumiem a on jest chyba tak zmęczony, że w końcu idzie do mojej sypialni i tam usypia na parę godzin. Zdarzyło się już więc parę razy, że dwaj antagoniści spali zamknięci w pokojach obok nic o sobie nie wiedząc.

Amaretto je   Amaretto węszy
Amaretto po przyjściu do domu je a potem obwąchuje kąty

Amaretto je   Amaretto leży w ogródku
Nie śpi już tak spokojnie, jak kiedyś, w domu i omija nas ogródek

Ale boję się, że Amaretto coraz bardziej jest zestresowany sytuacją i odzwyczaja się od domu, gdyż w ostatnim tygodniu grudnia pojawił się u nas zaledwie 3 razy: wieczór przed Wigilią, gdy rzucił się na resztki z karpia, wystawione przeze mnie na taras, tak, że musiałam się mocno natrudzić, aby mu te resztki wyciągnąć z pyszczka (bo głównie składały się z grubych, ostrych ości); po świętach, gdy cofnął się zaraz po wejściu do domu (widocznie Bandżo zaznaczył drzwi) i musiałam go kusić miseczkami z karpiem porozstawianymi w ogródku, aby go złapać oraz dzień przed Sylwestrem, gdy akurat zdążyłam znowu wymyć cały dom, więc spokojnie poszedł spać na moje łóżko, ale i tak na mnie nafuczał zamiast podziękować.

A najgorsze jest to, że nic nie mogę zrobić. Mogę mieć tylko nadzieję, że gdyby właściciele Bandżo zdecydowali się wykastrować kota, to do naszej kociej gromadki może wróciłby dawny spokój. I że nie byłoby już wtedy za późno...

Amaretto i Buzuki
Dopóki Bandżo nie pokazał swego despotycznego charakteru nasze kocury tolerowały się i żyły zgodnie na tym samym terenie: tu Amaretto i Buzuki - nie witają się może wylewnie, ale omijają ze spokojną ostrożnością

c.d. kroniki - Zima 2012
do góry

mail