Przez pryzmat lat

baner górny

Kronika domu szczęśliwych kotów

    Czerwiec – wrzesień     Dobre chęci nie wystarczą

Właśnie zaczęło się lato. W ostatnim dniu zajęć w roku szkolnym, gdy już niewiele dzieci pokazuje się w szkole, za to nauczyciele mają dużo pracy, związanych z zakończeniem roku, wystawianiem świadectw i podsumowywaniem swej rocznej działalności zdarzyła się taka historia. Siedziałam w pracowni pisząc roczny raport zespołu ewaluacji, którego byłam liderem, jak zwykle będąc w niedoczasie, gdyż informacje od nauczycieli i pedagogów spływały z opóźnieniem. Nagle drzwi się otworzyły i wparowała do mnie grupka podekscytowanych uczniów, wołając: „Pani na pewno się nim zajmie, pani tak lubi koty”. I położyli mi na biurku maleńkiego kotka, takiego, który mieścił się w dłoni. Kotek zaczął obwąchiwać nowe miejsce malutkim noskiem a ja wzięłam go na ręce.

„- Skąd go macie?”
„- Siedział w krzakach w parku i płakał.”
„- Ale on ma jakiś miesiąc, gdzieś tam była pewno jego matka, która teraz go może szuka”
„- Czekaliśmy pół godziny a on był sam”
„- A skąd wiecie? Jak podeszliście do niego, to dzika kotka mogła patrzeć na was z ukrycia i bała się podejść. A może poszła szukać jedzenia a on został w gnieździe i wyszedł z niego. Jak kotka wróci, będzie go nawoływać albo sama go odnajdzie po jego miauczeniu. Trzeba dzidziusia odnieść tam, gdzie go znaleźliście i zostawić. Macie teraz wakacje, możecie go pilnować, aby nic mu się złego nie stało, ale z dalszej odległości. Możecie zmieniać się na dyżurach i sprawdzić, czy rzeczywiście ten kotek jest osierocony. Może matka po niego wróci. On jest malutki i matka jeszcze go na pewno karmi.”
„- Ale on już sam je, daliśmy mu szynki z kanapki i zjadł. Pani zaopiekuje się nim i weźmie go do domu”
„- Świetnie, że go nakarmiliście, ale dalej uważam, że trzeba go zanieść na miejsce, gdzie był w parku i poobserwować, czy matka się pojawi. Sama bym to zrobiła, ale mam masę pracy i nie mam teraz na to czasu. A do domu go nie wezmę – mam kilka dorosłych kotów i nie wiadomo, jak zareagują na takiego maluszka.”

Tu drzwi otworzyły się ponownie i weszła następna grupka młodzieży. Zaczęli zachwycać się kotkiem, jaki śliczny, jaki malutki, jaki słodki. Kotek dawał się brać na ręce z ufnością dziecka. Jedna z dziewcząt powiedziała, że weźmie go do domu. Ja powtórzyłam, że powinni poszukać jeszcze jego matki.

Gdy po kilku godzinach wychodziłam z pracowni, spotkałam znowu tę uczennicę.
„- I co? Zanieśliście kotka na miejsce?"
„- Nie”
„- To gdzie jest?”
„- Moi rodzice nie zgodzili się, żebym wzięła go do domu, ale inny kolega go zabrał do siebie.. ”
- „ A ten kolega gdzie mieszka? Gdzieś blisko?”
- „Nie, kilka ulic dalej. Ale on się nim zaopiekuje. On jestdobry dla zwierząt”

Przeszły wakacje. Wracam do szkoły. Pytam uczennicy o kotka.

„- Wie pani, kolega mieszka na pierwszym pietrze i zostawił otwarte drzwi na balkon i kotek mu uciekł. Nie mógł go potem znaleźć”

Nie uciekł, tylko pewnie spadł. I już nie miał tam szansy na znalezienie matki, nawet jeżeli przeżył i się nie połamał. Jeśli nie wpadł pod samochód, nie rozszarpały go psy i nie zadziobały ptaki, to może miał więcej szczęścia do następnej osoby, która jest dobra dla zwierząt. Bo dobre chęci nie wystarczą. Po to nam natura dała mózgi, abyśmy z nich korzystali.

Łobuz i Prążek
Ja z młodymi Łobuzkiem i Prążkiem na ogródku 11 lat temu

    Czerwiec - List od wielbicielki

Dostałam bardzo miły list od nieznanej mi zupełnie Pani Zosi ze Szczecina.
Zaczynał się tak:

„ Kochana Pani Aniu, jakże inaczej mam się do Pani zwrócić, skoro podobnie jak ja kocha Pani koty? A znalazłam Pani cudowną strone bynajmniej nie dzieki kotkom, lecz paryskiemu muzeum d'Orsay. Wielkie dzięki za cudowne zdjęcia obrazów. Sama byłam 2 lata temu w tymże muzeum, ale nie pomyślałam o tym, żeby zrobić dokumentacje tych obrazów. Dzięki Pani wróciły wspomnienia."

Pani Zosia przysłał mi też zdjęcie swojej kotki Tosi, która byla dla niej lekarstwem w cieżkich chwilach długiej choroby i w konsekwencji śmierci mlodszej siostry i swoją obecnością motywowała ją do dalszego życia. Tosia pochodzi z Wolińskiego Parku Narodowego i pocieszała też panią Zofię po śmierci jej wcześniejszej kotki Zuzi, ktora miała nieoperowalnego guza. Tosia jest wesołym bardzo kotkiem i umie się bawić byle czym.
Dalej pani Zosia pisze, że koty towarzyszą jej przez całe prawie życie, dzięki wspaniałemu Ojcu, ktory też je uwielbial, a one jego. Ale wiążą się też z nimi smutne historie, jak ta o prześlicznej kotce Balbina, która wpadła pod samochód i zginęła wkrótce po przeprowadzce do nowego domu. Pani Zofia szukalam jej wszędzie, gdy kotka zaginęła, również na poprzednim miejscu zamieszkania, choć to daleko, ale jej nie znalazła. I dopiero po jakimś czasie dowiedziała się od sąsiadki co się stało z jej kotkiem.

Zwierzęta dostarczają nam radości, miłości i daru przywiązania a niekiedy nawet poczucia sensu życia, ale wiążą się z tym również smutne lub tragiczne pożegnania.

Droga Pani Zofio, przesyłamy pozdrowienia od nas i naszych kotów.

Tosia
Tosia

   Wrzesień, październik – nasz alkoholowy poczet kotów powiększa się o Sheridana

Lato minęło nam spokojnie. Pogoda była idealna – ciepło, ale nie upalnie, mało opadów i burz. Lipiec spędziłam głównie na huśtawce w ogródku z Metaksą i czasem Redsiną, pochłonięta wykańczaniem haftem z sutaszu amarantowej, aksamitnej sukni piętnostowiecznej na występy, które miały miejsce pod koniec sierpnia. A w sierpniu wyjechałam na 2 tygodnie z dziećmi i wnukami w góry. Gdy wróciłam w połowie sierpnia, to czas szybko minął na próbach przed występami, potem nastał gorący, nie tylko z względu na emocje weekend, w czasie którego odbywał się „Korowód”, czyli spotkania z tańcem dawnym. Po nim czas oglądania zdjęć i nagrań z występów i tak nastał wrzesień.

na huśtawce
W lecie szyłyśmy z Metaksą i Redsinką na ogródku

Metaksa w tafcie       Redsina na sukience
Szycie z kotami ma swoje uroki

A we wrześniu noce zrobiły się już chłodne, co spowodowało częstsze wizyty kotów w domu. Śliczny, czarno – biały kotek, który na wiosnę nieśmiało zaglądał do naszego ogródka, pod koniec lata był już codziennym gościem na naszej stołówce a resztę dnia spędzał na ogół pod tarasem. Przytył na naszym wikcie i zmężniał i już nie przypominał smukłego młodzieniaszka, który przybłąkał się na wiosnę. Cały czas zastanawiałam się, czy ma gdzieś dom, ale gdy zauważyłam, że wieczorem po kolacji ładuje się pod taras a rano przed siódmą stoi już na tym tarasie, czekając na śniadanie, uznałam, że nawet jak ma dom, to często do niego nie zagląda. I postanowiłam wpuścić go do nas, gdy pojawi się możliwość przymrozków.

przy tarasie
Biało - czarny kotek przy tarasie

Ale kotek zaczął spędzać niektóre noce w domu już od października, gdyż tegoroczna jesień była bardzo deszczowa i wietrzna, rekompensując brak opadów w lecie. Przecież nie mogłam patrzeć, jak kot moknie na deszczu. Drewniany taras ma szpary i przy dużych opadach pod nim też jest mokro.
„Wygląda na to, że mamy nowego kota – powiedział mój mąż całkiem zadowolony – i to jakiego miłego”.

pada deszcz
Deszcz pada, czy mogę tu się schronić?

pod stołem
Bezpieczne miejsce pod stołem

Rzeczywiście, kot całym sobą wyraża swoje zadowolenie z zaistniałej sytaucji. Łasi się do wszystkich i murczy głośno. Ciągle też doprasza się o jedzenie. A nawet jest w swych prośbach dość bezczelny – łazi po blacie kuchennym, gdy robimy sobie kanapki, zagląda nam do garnków i próbuje podjadać nasze jedzenie. Nie można spokojnie pogotować w kuchni, bo ciągle trzeba się oganiać od kota, który wkłada łeb pod twoją pachą, aby zbadać, co robisz. A jak zrzucisz go na podlogę, to łasi się do twoich nóg i trzeba uważać, by go nie nadepnąć. Albo staje za tobą i nagle chwyta pazurkami za spodnie. Dużo jeszcze wody upłynie zanim go wychowamy.

Ma jeszcze taki zwyczaj, że w trakcie głaskania osiąga w pewnym momencie stan ekstazy i wtedy łapie twoją rękę w ząbki. Nie gryzie, ale delikatnie szczypie. No ale kto mi zagwarantuje, że kiedyś nie ugryzie mocniej? Ze względu na, że kotek uwielbia taki bliski kontakt z człowiekiem Staś zaproponował, aby go nazwać Pieszczochem. I byłoby to bardzo dobre imię dla niego, gdyby nie to, że już kiedyś odwiedzał nas Pieszczoch.

łakomczuch   pieszczoch   śliczny Sheridan
Jestem ślicznym pieszczochem i łasuchem

W ogóle, jeśli chodzi o imię dla naszego nowego rezydenta, to do tej pory nie ma u nas porozumienia. Ja chciałam go nazwać Arlekin, ze względu na czarno – białe futerko. Ale jak zapoznałam się z takim rodzajem umaszczenia u zwierząt, to okazało się, że arlekiny mają raczaj łaty. A nasz nowy kotek jest w większości czarny i ma białe podgardle, szeleczki i skarpetki.

Najlepsze chyba imię zaproponowała córka. Aby kontynuować tradycję nazwania kotów markami alkoholi (to nie nasz pomysł, tylko Sąsiadki), wymyśliła, że kotek powinien nazywać się Sheridan. I faktycznie – ulubiony przez nas likier składa się w 1/3 z białego likieru śmietankowego i w 2/3 z czarnego likieru kawowego, zmieszanego z irlandzką whiskey. Pasuje to do naszego nowego kota. Czyli chyba zostanie Sheridan.

Teraz zatem mamy w domu znowu 5 alkoholowych kotów. Najstarszą Metaksę, jej córkę Tekilę, wnuczkę Kaluę oraz naszą Redsinę. A miejsce zaginionego Amaretta zajął Sheridan.

    Listopad - Wizyta weterynarza

Od około roku nasza Redsinka chudnie. Najwięcej widać to w tylnej cześci tułowia. Jako pierwsza zaczęła jej chudnąć pupka, potem tylne uda. Na początku nie martwiło mnie to, bo nasza kotka była gruba, więc stwierdziłam, że wyjdzie jej to na zdrowie. Ale, gdy ostatnio zaczęłam wyraźnie wyczuwać przez skórę kości kręgosłupa a i brzuszek zrobił się wklęsły, zaczęłam się niepokoić, co to może oznaczać. Może nasza kotka jest chora?

Redsina je niewiele, ale rusza się też mało. W zasadzie powinno jej wystarczać to, co spożywa... Ale może rzeczywiście je za mało? Zaczęło mnie to zastanawiać. Aż uświadomiłam sobie, że od dłuższego czasu nasza kotka grymasi na suche jedzenie, które do tej pory lubiła. Najbardziej oczywiście lubi surowe mięso, ale zwykle po porcji surowego jedzenia lub pasztetu dawałam jej suche Royal Canin, aby wyczyściła sobie ząbki. I od jakiegoś czasu Redsina tego suchego nie je, chociaż domaga się ciągle jedzenia. A robi to w ciekawy i skuteczny sposób.

gruby kot      wychudzona Redsina
Redsina niegdyś gruba ostatnio chudnie w pupce

Nauczyła się, że doprasza się o jedzenie najpierw miauczeniem (i oczywiście stoi wtedy w kuchni przy misce, albo łazi za mną), a gdy to nie przynosi rezultatu, wali łapką po foliowej torebce, która często wisi u mnie w kuchni koło kubła na śmieci (gdy robię coś do jedzenia, traktowana jest ona jako podręczny śmietnik na obierki). Nasypuję kotu wtedy suche jedzenie do miseczki (bo tak najszybciej), ale on ignoruje to i dalej wali łapą w torbę. Torba huśta się, po jakimś czasie robią się w niej dziury, obierki wypadają na podłogę a kot wali łapą i miauczy.

„Co jest Redsina, musisz mi przeszkadzać przy robieniu obiadu (kolacji)? Przecież dałam ci jeść! Nie chcesz jeść tego, to znaczy, że nie jesteś głodna. Nie mam czasu dawać ci teraz nic innego." albo "– mięso już dzisiaj zjadłaś i nie mam więcej” - tak mówiłam wielokrotnie, irytując się na kotkę. Ale kotka była zwykle bardzo zdeterminowana, więc na ogół w końcu dla świętego spokoju dawałam jej cośkolwiek – jakiś kawałek pasztetu, czy serka. A jak nie dawałam, to kotka brała do pyszczka jedną czy dwie pastylki suchej karmy, ale tylko je rozgryzała i nie połykała a kawałeczki wysypywały się jej z buzi na podłogę.

Tak było od kilku miesięcy i dopiero niedawno dotarło do mnie, co to może oznaczać. Bo podczas wieczornych karesów przed spaniem wyczułam, że kotce brzydko pachnie z pyszczka. A to już przerabiałam – tak pachniało Łobuzowi, który też jadł mało i lekarz stwierdził zapalenie dziąseł - leczył go antybiotykiem i po podaniu leku plus zastrzyku przeciwbólowego osowiały od jakegoś czasu kot nagle stał się dawnym kotkiem, skłonnym do zabawy i pieszczot. Miałam potem pójść z Łobuzem do weterynarza celem usunięcia kamienia nazębnego, ale już nie zdążyłam - w czasie naszego wyjazdu Łobuzek zaginął. A więc tak, uświadomiłam sobie, pewnie Redsina ma to samo i dlatego nie je suchego – bo ją boli, gdy gryzie. Nie są to żadne kocie grymaszenia i wybrzydzanie. A jak nie je suchego, to nie czyści zębów i kamień robi się coraz większy - kółko się zamyka.

w kuchni
Redsina od jakiegoś czasu kiepsko jadła, mimo, że oczekiwała i dopraszała się o jedzenie

Ale nie poszłam z kotką od razu do lekarza, gdyż w tym czasie umierała moja teściowa - prawie stuletnia, dotychczas całkiem sprawna i mieszkająca sama, trzy tygodnie przed śmiercią doznała wypadku, przewracając na siebie szafkę i, jak położyła się do łóżka, tak już nie wstała. Opiekowaliśmy się nią z moim mężem codziennie, Staś zamieszkał u mamy i nie było czasu, aby jechać z kotem do lekarza. Potem załatwianie formalności pogrzebowych, sprzatanie mieszkania i tak zeszło póltora miesiąca.

I tydzień temu Redsina odmówiła w ogóle jedzenia czegokolwiek, co musiała pogryźć. Dawałam jej więc mielone mięsko, małe kawałki pasztetu i rozbełtane żółtko (którym już niejednego kota wyciągnęłam ze stanów zapalnych w jamie gębowej). I uznałam, że nie ma na co czekać – trzeba wreszcie zająć się swoim chorym kotem.

Tak trafiłyśmy z Redsiną do znajomego lekarza, który potwierdził moją diagnozę – kotka ma zapalenie dziąseł i kamień nazębny. Wystraszona kotka, rozpłaszczona tak, jakby chciała wtopić się w stół, na którym ją położyliśmy, dała sobie zajrzeć do pyszczka, zmierzyć temperaturę w pupie a nawet powyrywać kępki włosów. (Przedtem pan Darek pytał telefonicznie, jaki kotka ma włos, czy jej wypada? Ja na to, że nic złego nie zauważyłam. I oczywiście wyszłam na idiotkę. „To jest ładny włos? Przecież on jest już martwy. To trzeba wyczesać, aby nie musiała tego wylizywać”.) Potem weterynarz dał kotce 4 zastrzyki, w tym jeden przeciwbólowy. I ciekawa sprawa: gdy jechaliśmy samochodem do weterynarza, Redsina miauczała, siedząc w kontenerku z wyraźną nutą oburzenia „Jak śmiecie mnie więzić” a po tym, jak weterynarz ją wymaltretował, sama zaczęła pełznąć w kierunku kontenera i, znalazłwszy się w nim, wyglądała na uspokojoną, że tam jest bezpieczna.

Umówiliśmy się z weterynarzem na zastrzyki na następny dzień na wizytę domową, ze względu na to, że miała to być niedziela. Ponieważ ja cały dzień miałam być poza domem, poradziłam mężowi, żeby przed przyjściem lekarza zabrał Redsinę do salonu i pozamykał wszystkie drzwi do innych pokoi. A po powrocie do domu usłyszałam od Stasia taką relację:

„- Otworzyłem drzwi weterynarzowi i obudziłem Redsinę, która spała w twojej sypialni. I na początku wszystko było dobrze” (kot był jeszcze zaspany), „ale zepsuło się w momencie przekazywania kota lekarzowi. Redsina wyrwała się i schowała za kanapę a ja poszedłem zamknąć drzwi do sypialni. Wracam na dół, aby wypołoszyć kota zza kanapy, a tu go nie ma... Rozglądamy się po pokoju - nigdzie nie ma kota. Pytam weterynarza, czy nie widział, gdzie pobiegł kot, on na to, że nie. Więc wróciłem do do sypialni, patrzę pod łóżko – jest. Schowała się w najdalszym kącie. Naprawdę nie wiem, kiedy to zrobiła.”
” - przecież mówiłam Ci, byś pozamykał drzwi wcześniej...”
„- przecież trzymałem kota, więc jak miałem jednocześnie zamykać drzwi”
(no tak z punktu widzenia mężczyzny są to dwie czynności niemożliwe do pogodzenia)
„- Próbowałem wystraszyć Redsinę spod łóżka gazetą - bez efektu. Próbowałem butelką – też nic. Więc zawołałem lekarza na górę i razem podnieśliśmy łóżko do góry. Wtedy kot uciekł i dorwaliśmy ją przed drzwiami do gabinetu. Tu ją weterynarz przyparł do ściany, dał jej 4 zastrzyki, powiedział, że wygląda lepiej, zainkasował 100 zł i sobie poszedł. Ale wiesz, Redsina chyba ze stresu posikała się i musisz wytrzeć to, co zostało pod drzwiami.”
„- A ty nie wytarłeś?””
„- Przecież wiedziałem, że za kilka godzin wrócisz...”

Tak było wczoraj. A dziś już ja byłam w domu w momencie przyjścia weterynarza. Czekałyśmy z Redsiną na niego w oknie kuchni. (Redsina nie wiedziała, że na niego czeka, ale dowiedziała się, gdy zobaczyła go przed drzwiami). Próbowała nawiać, ale ja byłam czujna. Otworzyłyśmy drzwi lekarzowi razem (jakoś ja potrafię trzymać wydzierającego się kota i jednocześnie otwierać drzwi), usiadłam na fotelu z kotem na kolanach i mówię: „Niech Pan robi swoje”. Lekarz chciał najpierw zajrzeć kotce do buzi, ale ona była już tak przerażona, że miotała się i próbowała uwolnić za wszelką cenę. Ugryzła mnie w rękę, którą ją trzymałam pod szyjką i jednocześnie poczułam na spódnicy coś ciepłego i mokrego.

„- Ona mi się posikała!”

Na to weterynarz przestał się z kotem cackać, złapał go za futro na karku, podnióśł do góry i powiedział mu prosto w oczy „Uspokój się”. A potem przygwoździł kota jedną ręką do podłogi, a drugą walił mu zastrzyki jeden po drugim w skórę na barku, zdejmując zatyczki ze strzykawek zębami. Proszę, mężczyzna, a potrafi – jednocześnie trzyma kota i robi zastrzyki. Przerażona Redsina po wypuszczeniu uciekła po schodach na górę, ponaglana jeszcze przez wredną Metaksę, która waliła ją po pupie łapami. (Wcześniej, gdy Redsina wiła się w moich rękach, Metaksa warczała na nią). No, zero empatii dla koleżanki a zamiast tego chęć dołożenia osobie, która jest słabsza.

wredna Mekatsa     Mekatsa
Wredna Metaksa

Lekarz poszedł do kota na górę, kóry stłamszony i bez szans na ucieczkę (wszystkie drzwi były zamknięte) rozpłaszczył się na podłodze i dał sobie zajrzeć do pyszczka. Dopiero wtedy otworzyłam drzwi do pokoju i sponiewierana, niskopodłogowa kotka znalazła schronienie w szafie.

A weterynarz wesolutko opowiedział mi, gdy już zostaliśmy sami (ja w posikanej spódnicy), jak to „wczoraj Pani kot nasikał mi na buta, ja tego nie zauważyłem od razu i pojechałem na inną wizytę domową. Tam też był kot i tak zainteresował się sikami pani kotki, że zajął się tym moim butem i mogłem z nim wszystko zrobić. A jego właściciele byli zachwyceni moim autorytetem u zwierzaka..” Nic, tylko sposób opatentować...

Po wyjściu lekarza dałam Redsinie pół godziny na uspokojenie i zajrzałam do niej do szafy. Delikatnie mówiłam do niej, że nic jej już nie grozi a z głębi ciemnego wnętrza patrzyły na mnie dwa świecące oczy pełne zawodu i urazy – jak mogłaś mnie narazić na taki stres i poniewierkę. Dopiero po 3 godzinach kot wyszedł z szafy i poprosił o jedzenie. Ale ciągle jeszcze uchylał się przed moja ręka, gdy chciałam ją pogłaskać.

Następnym razem trzeba będzie przed przyjściem lekarza wyrzucić Metaksę z domu. Co ma jeszcze znęcać się nad chorą Redsinką i dopełniać obrazu jej sponiewierania.

A jeszcze dwie wizyty weterynarza przed nami – na szczęście mam akurat dwie spódnice, czekające na pranie...

ranna Redsina
Redsina panicznie boi się weterynarzy od czasu, gdy miała urwaną końcówkę ogonka i jeździła do lekarza na zmiany opatrunku

Zima i wiosna 2017

do góry

Zapraszam na moją stronę o podróżach


mail