Kocia kronika - wiosna, lato 2015

Przez pryzmat lat

baner górny

Kronika domu szczęśliwych kotów

Wiosna i lato 2015     Rok pożegnań

Amaretto pojawiał się u nas tylko do połowy kwietnia, a Buzuki do końca czerwca. Wygląda na to, że ten rok będzie dla mnie czasem pożegnań – najpierw śmierć mamy, potem odejście dwóch kocurków.

I o ile nie martwiłam się o Amaretta przez pierwsze dwa, trzy tygodnie, to po jego kilkumiesięcznej nieobecności mam już pewność, że nas opuścił na zawsze. Jeszcze przed wakacjami miałam nadzieję, że pewnego wieczoru pojawi się na jedzenie. W zeszłym roku potrafił być nieobecny przez dłuższy czas a po powrocie nie wyglądał na zabiedzonego, więc sugerowało to, że znalazł sobie gdzieś jakąś metę i sądziłam, że jeśli rzeczywiście tak jest, przyjdzie do nas, gdy jego nowi państwo wyjadą n.p. na wakacje. Ale nie pojawił się i do swojej byłej pani też nie zaglądał na stołówkę. A gdy po trzech tygodniach zaczęłam podejrzewać najgorsze, było już za późno, aby szukać kota – po takim czasie, jeśli nawet został ranny lub uwięziony, już pewnie nie żył. Pisałam o takiej możliwości już w poprzednim roku. Gdy koty nie trzymają się domu na stałe, może zaistnieć sytuacja, że zaniepokoję się ich nieobecnością już za późno, aby je szukać i ratować.

Amaretto
Amaretto zaginął w połowie kwietnia

Olga poinformowana przeze mnie po jakimś miesiącu, powiedziała, że spotkała w tym czasie martwego kota koło drogi, gdzie chodzi z psami na spacer, ale nie zaniepokoiła się tym, gdyż różnił się trochę od Amaretta - był mniejszy i nie widziała u niego brązowego futerka w miejscach, gdzie u niego występowało. Według mnie takie brązowy odcień futra miał Amaretto tylko latem (na spodniej stronie ogona) a w kwietniu okryty był jeszcze futrem zimowym. Poza tym po śmierci zwierzę może wyglądać na mniejsze niż było za życia. Więc może to był Amaretto...

Sama nie wiem, czy to dobrze, że tego martwego kota nie widziałam, czy źle. Gdyby to był Amaretto, pochowałabym go i pożegnała się z nim, a tak, to nawet nikt za nim nie zapłakał. No bo, skoro do końca nie wiem, co się z nim stało... Poza tym, Amaretto został opłakany już parę lat temu, gdy identycznego kota pochowałyśmy u Olgi na ogródku, zanim zguba nie powróciła do mnie.

 Amaretto łowi
Amaretto łowi mysz

zaginiony Amaretto
Nasz śliczny Amaretto na wiosnę skończył 7 lat. Jeśli nie żyje, to przeżył swojego tatę Łobuza o 3 lata

Teraz więc nie przeżyłam zaginięcia kota tak, jak przeżywałam podobne sytuacje kilka lat temu. Nie wyczekiwałam go z niecierpliwością przy drzwiach. Nie poszukiwałam w pobliskich chaszczach i nie wywieszałam ogłoszeń. Amaretto, jak i Buzuki przyzwyczaiły mnie do tego, że wiosną i latem opuszczają nasz rejon na dłużej i nic im się z tego powodu nie dzieje złego. Już tak bywało i potem wracały. A poszukiwania kotów przerabiałam już kilkakrotnie i nigdy nie przyniosło one rezultatu, poza jednym razem, gdy uwolniłam Łobuza z wnyków i jednym, gdy ktoś odpowiedział na moje ogłoszenie i dzięki temu znalazłam martwego kota, pochowałam i, jak już pisałam, nie był Amaretto, tylko jakiś inny zwierzak.

Więc dopóki nie mam pewnego dowodu, że oba kocurki już nie żyją, wszystkie możliwości są jeszcze realne... Ale w zasadzie nie oczekuję już pojawienia się u nas Amaretta, za to jeśli chodzi o Buzuczka tli się u mnie jeszcze jakaś nadzieja. Zimne noce dopiero przed nami..

Buzuki     Buzuki troszkę rozmazany
Buzuki nie zaglądał do nas od początku wakacji

Retrospekcja wiosna 2015     Fryzjerskie tortury

Choroba Metaksy trwa i atakuje podstępnie co jakiś czas. Kotka przestaje wtedy jeść, brzydko pachnie i nie ma ochoty na dbanie o siebie. Przesypia całe dnie. Weterynarz dziwi się, jakie to choróbsko jest w przypadku Metaksy podstępne. U innych kotów objawy wycofują się po leczeniu na kilka miesięcy, a u naszej bidulki wracają po miesiącu. Lekarz zmienił koncepcję leczenia i teraz podaje jej tylko sterydy. Pomagają szybko i kotka zaczyna znowu jeść, wraca jej humor i nawet odzyskuje dawną "wrednowatość" i atakuje Redsinę od czasu do czasu.

Metaksa
Metaksa zaniedbuje się w czasie choroby

Ale okresy zaognienia choroby skutkują tym, że kotka chodzi brudna, bo owrzodzenie w buzi nie pozwala jej myć futerka a włosy zbijają jej się w tłuste kudły. Próbowałam coś z tym zrobić, ale niezbyt mi się to udaje – kotka jest nerwowa a ja tchórzliwa. Ale ostatnio pan weterynarz „pojechał” Sąsiadce po ambicji i powiedział, że tak brudnego kota to on jeszcze nie widział a skudlone futro spowoduje w końcu stan zapalny skóry. Od tej pory Sąsiadka przychodzi do nas co kilka dni, aby wyszczotkować futerko kotce a przy okazji mamy okazję poplotkować.

Metaksa siedzi nadąsana na Olgi kolanach, przytrzymowana przez nią i powarkuje jednostajnie, dając do zrozumienia, że jej to nie odpowiada. Olga stara się kotkę udobruchać i łagodnie i melodyjnie wpada w tonację metaksowego warczenia, powtarzając jak mantrę:
„- Jaka ładnaaa koooootka, jaka ty jesteś grzeeeeecznaaa”
i delikatnie ją szczotkuje metalowym grzebieniem. Na jakiś czas to wystarcza, dopóki grzebień nie dojdzie do nierozczesanych kudłów, zbitych tak, że nie można ich rozdzielić nawet palcami. Wtedy Metaksa warczy już całkiem wyraźnie i próbuje się wyrwać, więc ja wkraczam do akcji, zatrzymując ją siłą, albo Olga przyciska ją do swoich kolan a ja próbuję rozdzielić poszczególne pasma włosów z kołtuna. Czasem trzeba skorzystać z nożyczek. Robimy to do chwili, gdy warkot przeobraża się we wściekłe fuczenie
„- Lubię was, ale jak natychmiast nie przestaniecie mnie dręczyć, pogryzę!”

Wtedy trzeba mieć refleks i wyczucie do którego momentu można jeszcze poszarżować, a kiedy trzeba się wycofać. Bo Metaksa niezadowolona z fryzjerskiej wizyty, nie żartuje...

A Redsina przygląda się tej operacji z bezpiecznej odległości i wygląda na bardzo zadowoloną, że to nie ją tak męczą.

Retrospekcja lato     Kolejna pokonana choroba

Oklapnięte Uszko

    Oklapnięte Ucho, który przychodzi do nas co jakiś czas, nabawił się znowu jakiegoś ropnego zapalenia. Załzawione oczko to u niego stan prawie chroniczny, ale na początku lata ropa lała mu się już z obu oczu, a gdy pojawiły się problemy z jedzeniem, uznałam, że muszę interweniować. Kot przestał jeść, a widać było, że jest głodny. Przylatywał do miseczki z jedzeniem, wąchał i odskakiwał z prychaniem lub fuczeniem. Parę razy próbował wziąć jedzenie do pyszczka, ale zaraz zrywał się, fucząc i czasami uciekał w ogóle z ogródka. Odrzucało go nawet od surowego mięsa. To już mnie mocno zaniepokoiło. Bo jak tu leczyć kota, którego nie mogę nakarmić a codzienne jeżdżenie z nim do weterynarza mi się nie uśmiechał. Poza tym, jak to z kotami obcymi często bywa, wizyta z nim u lekarza zakończyłaby się pewno unikaniem przez zwierzaka mego domu w następnych dniach. Mogłam co prawda poprosić znajomego weterynarza o jakiś antybiotyk „zaocznie”, ale co zrobić, aby kotu go zaaplikować?

Pomyślałam i zadziałałam tak, jak poprzednio z Metaksą, gdy już nie mogła nawet lizać paszteciku. Rozbełtałam żółtko i położyłam ostrożnie miseczkę przed Oklapniętym Uszkiem. Dotknął je pyszczkiem i wylizał do czysta. Ponieważ to już był trzeci dzień, gdy nic u mnie nie chciał jeść i kotek wyglądał już bardzo mizernie, powtórzyłam to. Kot rzucił się na żółtko, wylizał i zaczął miauczeć, a potem wleciał do pokoju, czego od czasu choroby unikał i wyraźnie domagał się „Jeszcze, jeszcze”. Zaaplikowałam mu więc trzecią porcyjkę, mieszając ją z dodatkiem kociego paszteciku. Zjadł. No to dałam mu sam pasztecik. Zjadł. Widocznie żółtko obkleiło mu ranę czy owrzodzenie, które miał pewnie w pyszczku, bo kot nagle zaczął jeść. Zjadł całą puszeczkę pasztetu a ja poleciałam do weterynarza po lek. Dostałam zarówno antybiotyk, jak i jakieś pastylki uodparniające. Oklapnięte Ucho czekał na mnie na tarasie i ładnie połknął lekarstwo pokruszone i wymieszane w pasztecie.

Przez następne dwa dni powtarzaliśmy proceder: najpierw żółtko, potem lekarstwo z pasztetem a potem małe (żeby nie trzeba było gryźć) kawałki surowego mięsa. Po kilku dniach kot jadł już wszystko, bez smarowania pyszczka żółtkiem, więc spokojnie mogłam go zostawić pod opieką córki, gdy wyjeżdżałam na wakacje.

Lipiec     Wakacyjny kotek

Jak ktoś ma szczęście do zwierzaków, to one zawsze go znajdą.
Na wakacje wynajęliśmy domek campingowy razem z kotem. Wyjechaliśmy - ja, mąż, synowa z synem i dziećmi - do Piwnicznej i zamieszkaliśmy w drewnianym domu typu chatka Baby Jagi wysoko nad miastem, przy szlaku na Niemcową, tam gdzie zaczynały się już łąki. Przepiękne miejsce – cała Piwniczna i Beskid Sądecki roztaczały się przed naszymi oczami. A do domu przynależał kot.

kotek w Piwnicznej
W Piwnicznej przy Domkach na Polu mieszkały dzikie kotki

Gospodyni powiedziała, że jest dziki, jeden z kilku, które plączą się w okolicy domku a wczasowicze je rozpieszczają, karmiąc. Rozpieszczanie polega na tym, że kotki odzwyczajają się od dbania o swoje pożywienie, skoro dostają je od ludzi, a od połowy września domki będą stały puste i koty będą musiały same dawać sobie rady. Przyznałam jej rację i spytałam, czy kotki nie mogą liczyć na jakieś resztki od okolicznej ludności. Przecież zawsze coś z jedzenia w gospodarstwie domowym zostaje i można to dać innym zwierzakom, jak już się nakarmi swojego psa. No tak, ona (gospodyni) czasami stawia im miseczkę z jedzeniem, inna, która jeszcze hoduje krowę, zostawia dla kotów trochę mleka po dojeniu, ale to im nie wystarczy – przecież potem przyjdzie zima.

Postanowiłam więc, że jak ja też porozpieszczam trochę koty, to chociaż przez ten tydzień, kiedy tu jestem, uzbierają trochę sadła na tę zimę i zaraz kupiłam kocie jedzenie suche i w puszkach.

Ale rozpuszczanie dzikich kotów nie było wcale łatwe. Tylko jeden kotek, ten którego spotkaliśmy zaraz po przyjeździe, był już oswojony i na stałe usadowił się pod ławeczką, która stała przy naszych drzwiach i dawał się rozpieszczać z wielkim wdziękiem. Czekał na nasz powrót z wycieczek i z apetytem zajadał każdą porcję jedzenia, które mu dawaliśmy. Wnuczki miały wielką frajdę z karmienia kotka, który w dodatku dawał się głaskać. Ale inne dzikie kotki bały się do nas podejść. Jeden z nich łaził koło domków bez przerwy zawodząc. Brzmiało to tak, jakby nawoływał kogoś. Wyglądał na głodnego, ale gdy próbowałam podsunąć mu jak najbliżej miskę z jedzeniem, uciekał. Wobec tego wystawiałam miskę z jedzeniem za domkiem wieczorem, gdy szliśmy już spać, z nadzieją, że jedzenie dostanie się głodnemu kotkowi a nie jakiejś łasicy. Raz zresztą wypatrzyłam przez okno, że do miseczki dobrał się rzeczywiście ten dziki kotek.

karmienie kotka w Piwnicznej

Nasza koteczka (bo ten oswojony kotek był dziewczynką) była przemiła i w dodatku sprytna. Ze względu na to, że nasze własne dziewczynki krążyły cały czas między domkiem a podwórkiem, drzwi od domu mieliśmy tylko przymknięte, a nie zamknięte na klamkę. I kotka z tego korzystała. Jej ławeczka mieściła się tuż przy drzwiach. Spryciulka stawała na brzegu ławki, łapała pazurkami za kraniec drzwi i gdy szpara powiększała się, wsuwała tam łapkę, popychała drzwi i zanim się zamknęły wskakiwała z ławki prosto do pokoju!

kotek w Piwnicznej w Domkach na Polu
Oswojona koteczka w Piwnicznej liczy na spotkanie ludzi o dobrych sercach

W połowie pobytu zauważyłam, że koło kociej pupy wisi przyczepiony kawałek robaka – wyglądał na człon tasiemca. Powinszowałam sobie tego, że po każdym głaskaniu zwierzaka kazaliśmy wnuczkom myć ręce i udaliśmy się z mężem do Nowego Sącza do weterynarza. Dostaliśmy od niego trzy dawki leku przeciwko tasiemcowi i akurat zdążyłam nakarmić nimi kotka, gdy kończył nam się pobyt. Żal było mi go zostawiać, ale cóż... My mamy już kilka kotów, które nie wiadomo, jak by go przywitały. Po drugie jechaliśmy jeszcze na jeden tydzień do Szczawnicy i gdzie byśmy tego kota chowali? Poza tym górskie łąki to jego teren, tu się wychował, przyzwyczaił do swobody. Gdy nadejdzie jesień i turyści przestaną go karmić, instynkt łowiecki nie da mu umrzeć z głodu, a na polach myszy nie powinno kotom zabraknąć. Tak sobie myślałam, gdy żegnaliśmy się z uroczym kotem z Piwnicznej. U gospodyni zostawiłam dla niego kilka puszek z Wiskasem i trochę suchej karmy. Żeby mu nie było przykro, że następni goście o niego nie dbają...

Mam nadzieję, że mieszkańcy Piwnicznej też nie pozwolą kotom głodować w czasie zimy. Zwłaszcza tym, które mieszkają w tym uroczym miejscu, koło Domków na Polach...

Sierpień     Wzor(c)owa Redisna

O ile tegoroczna wiosna była raczej typowa – kiedy kwitła większość roślin darzyła nas ciepłem i słońcem, a jednocześnie zaserwowała nam trochę potrzebnego deszczu po mało śnieżnej i mroźnej zimie, o tyle lato dało nam się we znaki ekstremalną pogodą. Upały, upały i jeszcze raz upały połączone z suszą zamieniły nasz kraj prawie w słoneczną Italię czy inną Grecję. My postanowiliśmy spędzić ten czas w górach. Plażowania nikt z nas nie znosi, a gdzie jeszcze można wytrzymać w upał, jeśli nie nad morzem – w górach. Najlepiej wysokich, bo temperatura maleje razem z wysokością. Razem z mężem spędziliśmy dwa tygodnie w polskich górach i tydzień w Tatrach Słowackich.

Redsinka myje się

    Redsina, tak jak inne koty, została w domu z Asią. Gdy wróciłam po trzytygodniowej nieobecności, nasza kotka przywitała mnie ze spokojem, jak to miewa w zwyczaju, ale za to wieczorem, gdy położyłam się do łóżka... To nie była łasząca się kotka, to była kwintesencja kociej rozkoszy, gejzer radości, eksplozja długo tłumionej tęsknoty. Redsina kładła się na mnie, udeptywała niezmordowanie, mruczała, pocierała mordką o moją twarz, zmieniała miejsce, owijała się dookoła mojej szyi, mruczała, znowu się ocierała, mościła się na mojej głowie, mruczała mi do ucha, zmieniała miejsce... Na koniec położyła się koło mnie z łepkiem wspartym na moim ramieniu i zasnęłyśmy. Nie na długo. Redsina znowu wlazła mi na brzuch, mruczała, przebierała łapkami, zmieniała miejsce.... Zasnęłyśmy. Nie na długo... Redsina znowu "kiciała" się na mnie...I tak kilka razy w ciągu nocy.

Całe szczęście, że to jeszcze były wakacje i nie musiałam rano iść do pracy, bo ranek zaczęłyśmy od czego? No właśnie...


Zauważyłam potem, że w czasie mojej nieobecności Redsinka schudła. Może upały nie sprzyjały jedzeniu, a może dlatego, że Asia nie karmi kotów świeżym mięsem...

W każdym razie Redsinie spadek wagi posłużył – zrobiła się bardziej energiczna (co było widać po moim powrocie). Od tego czasu Redsina wieczorami uprawia dzikie galopady po pokojach - wszystko dla zdrowia :)

A w ogóle nasza kochana Redsinka jest wzorem kota, a nawet, można powiedzieć, jest kotem wzorcowym.

Redsinka w ogródku

    Jeśli chcielibyśmy pochwalić jakiegoś kota, zawsze możemy powiedzieć, że jest:
- słodki jak Redsina,
- śliczny jak Redsina,
- pieszczotliwy jak Redsina.
- milutki (chodzi o delikatne futerko) jak Redsina,
- wierny jak Redsina,
- łagodny jak Redsina,
- empatyczny jak Redsina,
- niekłopotliwy jak Redsina,
- spokojny jak Redsina,
- czysty jak Redsina,
- cierpliwy jak Redsina,
- cichy jak Redsina,
- niezależny jak Redsina (to ona wybiera czas na pieszczoty),
- odważny... o nie, Redsiny nie można nazwać odważną, za to możemy napisać
- ostrożny jak Redsina
- a kiedy jeszcze była dziką kotką była łowna – sama widziałam, jak polowała na mysz, za to teraz raczej będzie:
- leniwy jak Redsina

Ale i tak każdemu życzyć takiego kota :)


r
Wzorowa Redsinka w naszym ogródku

ja z Redsiną Asia z Redsiną dwie damy
To my z naszą kochaną pieszczotką Redsiną

Jesień 2015, zima - wiosna 2016

do góry

Zapraszam na moją stronę o podróżach


mail