Kocia kronika - lato 2012

Przez pryzmat lat

baner górny

Kronika domu szczęśliwych kotów

11 lipca 2012     Upalne lato

Lato przytłamsiło nas wszystkich wielkimi upałami na samym swym początku. Ledwie zipiemy: ludzie, rośliny, koty. Na szczęście ludzie mogą się ochłodzić lodami i chłodnymi kąpielami a rośliny codziennie moczą ulewne, choć krótkotrwałe deszcze, towarzyszące burzom. Koty przesypiają całe dnie w cieniu, rozwalone, aby jak najbardziej odsłonić skórę, ukrytą pod sierścią. Redsina i Metaksa w domu, bo w naszym domu w upały jest najchłodniej, Amaretto często pod tarasem na kanapce a Tekila na drewnianej balustradce wśród pędów winorośli. Zrobiła tam sobie oryginalne gniazdko – leży w cieniu daszku zasłonięta dodatkowo przez rozłożyste liście pnącza tak, że trudno ją nawet zauważyć. Gdy popołudniu słońce przesuwa się poza sąsiedni dom, koty zalegają miejsca na tarasie lub bruku naszego ogrodu. Wpadają do domu wieczorem na kolację lub po burzach, gdy dały się im zaskoczyć i zmokły.

Metaksa i Amaretto
Metaksa i Amaretto śpią na ogródku

Metaksa
Metaksa śpiąc chłodzi brzuszek

Amatretto
Tak śpi Amaretto

Kalua    Kalua śpi
A tak Kalua

Tekila
Tekila śpi na balustradce wśród winorośli

Redsina na tarasie    Redsina na dywaniku
A Redsina głównie w domu, choć czasem popołudniu korzysta w tym celu z tarasu

Większe poruszenie w naszej kociej gromadce następuje wówczas, gdy przychodzi do nas z wizytą wnuczka, która bywa u nas teraz częściej, gdyż właśnie przyszła na świat jej siostrzyczka i chcemy dać synowej trochę czasu na dojście do siebie po porodzie. Ela ma teraz rok i 7 miesięcy i jest w rozkosznym wieku, kiedy wszystko na świecie jest wspaniałe i fascynujące. Przyzwyczajona, że u babci i dziadka są koty, zaraz po wejściu robi kontrolę inwentarza. Bardziej „bohaterskie” koty, jak Redsina czy Amaretto znikają z domu, jak tylko usłyszą tupot maleńkich nóżek lub delikatny głosik wołający „MiaUu?” (tak Ela nazwa koty – z akcentem na U i lekkim znakiem zapytania). Powód jest bardzo prosty: ten delikatny głosik potrafi się znienacka zmienić w potwornie głośny pisk zachwytu, którym dziecko reaguje na każdy szybszy ruch kota a małe nóżki czasami nie kontrolują jeszcze, gdzie stanąć, zwłaszcza, gdy ich właścicielka jest podniecona widokiem puchatego zwierzątka.

Tak więc Redsina ukrywa się gdzieś już na początku wizyty naszej wnuczki i wychodzi z kryjówki po jej wyjściu. Ma chyba jakiś radar wbudowany, gdyż robi to dosłownie w minutę po zamknięciu drzwi wyjściowych. A Kalua czy Amaretto dają od razu w tył zwrot, jak tylko stają na tarasie i widzą przez szybę drzwi, że w środku jest mała dziewczynka. I robią to naprawdę błyskawicznie. Kalua ma chyba jakąś traumę "elową" od czasu, gdy zabawialiśmy ją sznurkiem na oczach Eli, a Kalua jako kot-żywioł nie mogła za zabawką nie szaleć, zaś dziecko zanosiło się ze śmiechu tak, że przewracało się w sposób niekontrolowany... Ale na szczęście są w naszym domu koty, które uodpornione są na małe dziewczynki. To Metaksa i Tekila. (Najłagodniejszy kot, który dawał zrobić ze sobą wszystko, Pieszczoch, nie odwiedza nas już od 2 miesięcy i obawiam się o jego zdrowie, gdyż ostatnio znowu miał problemy z łysieniem)

Tekila  bawi się
Tekila uczestniczy w zabawie Eli

Tekila  bawi się
Gdy Tekila bawi się sznurkiem, Ela śmieje się w euforii

Metaksa je



     Dlatego też Metaksa i Tekila dostępują zwykle zaszczytu karmienia przez naszą wnuczkę. Cała ceremonia odbywa się tak, że Ela usadzona przez babcię na blacie szafki, nasypuje suchego kociego pokarmu z pudełka do miseczki a potem zanosi tę miskę kotu pod nos, mówiąc „MiaUu am!”. Na szczęście obie kotki są niewybredne i potrafią zjeść wszystko. Więc jedzą, a Ela zachwycona woła: „MiaUu je!”. Jakby tego było mało, dzidzia wybiera po jednym kawałku i podtyka je pod koci pyszczek dopominając się natarczywie „MiaUu am!”. Całe szczęście, że Metaksa może zjeść dowolne ilości jedzenia, więc znosi to cierpliwie, ale w końcu i ona ma dosyć. Układa się wtedy pod fotelem, ale i tu dosięga ją mała rączka z jedzonkiem... Wtedy kot wskakuje na parapet i tam ma wreszcie spokój. Gdy zasypia, Ela ogłasza światu „MiaUu pi” i traci dla kota zainteresowanie.

Ela i Metaksa
Ela przynosi Metaksie miskę z jedzeniem a potem pilnuje, aby kotek ładnie zjadł...

Metaksa je    zabawa sznurkiem
A po jedzeniu czas na zabawę sznurkiem - Ela bardzo szybko załapała jak należy ruszać sznureczkiem, aby kot był zainteresowany


22 sierpnia 2012     Wypadek Redsiny

Tegoroczne lato upływało do tej pory spokojnie i przewidywalnie. Ze względu na konieczność opieki nad wnuczką i moją mamą, która złamała drugą nogę, całe lato spędziłam w domu i ogródku, poza jednym sierpniowym tygodniem, gdy udało nam się z córką wyrwać na Maderę. Po naszym powrocie okazało się, że Amaretto ma dużą ranę na nodze, wyglądającą jak obtarcie, podobne do tego, jakie kilkakrotnie miał Buzuczek na szyjce. Poza tym koty miały idealne życie – pani zawsze była na miejscu i wydawała pożywienie o dowolnej porze. A i ja w wolnych chwilach odczuwałam błogie zadowolenie, siedząc na ogródku, otoczona przez drzemiące kotki. Istna sielanka – myślałam.

Amaretto i Metaksa
Sielanka: na ogródku Amaretto i Metaksa

Metaksa   Redsina i Metaksa
A tu Metaksa i Redsina

Amaretto śpi
Amaretto śpi jak aniołek

Ale każda sielanka kiedyś się kończy a nasza zakończyła się całkiem nieoczekiwanie dwa dni temu. Redsina straciła gdzieś kawałek ogona! Wyszła wieczorem na chwilę do ogródka i wróciła po zmierzchu. Zauważyłam, że końcówkę ogona miała zakrwawioną i chcąc ją obejrzeć, próbowałam wziąć ogon w rękę, ale ona usuwała się miaucząc i dopiero, gdy zajęłam ją jedzeniem, mogłam się temu przyjrzeć. Z końca ogona wystawała jej zakrwawiona kostka w kształcie rybiej ości i zauważyłam, że brakuje czarnego futra kończącego redsini ogonek. Jak to się mogło stać? Przecież Redsina nie wychodzi poza nasz ogródek, chyba że przeskakuje przez płot na ulicę od frontu domu. Jest bardzo ostrożna a wręcz bojaźliwa. I jak można stracić kawałek ogona, zachowując jednocześnie chrząstkę? Gdyby coś ten ogon ucięło, to cały. A to wyglądało, jakby kotkę ktoś oskalpował!

Ponieważ rana krwawiła w dalszym ciągu, biegiem pojechaliśmy do weterynarza. Redsina wyrywała mi się, gdy zobaczyła warczący samochód. Trzeba było załadować ją do pojemnika dla zwierząt, choć wcześniej udawało się ją zawieźć do przychodni, trzymając po prostu na rękach. Dla biednej kotki było to dodatkowe traumatyczne przeżycie po tym, co już się z nią stało. Tak żałośnie miauczało biedactwo w samochodzie!

Weterynarz niestety potwierdził moje spostrzeżenia. Dał koty zastrzyk przeciwbólowy, żeby w ogóle mógł dobrać się do rany. Stwierdził, że jest pewna szansa, że ogon się odbuduje, jeśli nie nastąpi martwica chrząstki ogonowej – wtedy trzeba będzie ją uciąć, albo sama odpadnie. Pan doktór sprawnie zrobił kotu opatrunek, przytwierdzając go mocno do pozostałej, owłosionej części ogona i stwierdził, że po dwóch dniach zobaczymy, jak odbywać się będzie proces zasklepiania rany i ziarninowania. Redsina szamotała się przy tym strasznie, ledwo ją mogłyśmy utrzymać obie z córką. Ze stresu zrobiła kupkę i w ogóle... przerażony zwierzak pełen nieszczęścia...

Redsina z opatrunkiem Po przywiezieniu do domu kotka obchodziła nas jakiś czas z daleka, ale położyła się spać koło mnie. Biedna zmaltretowana kocina cały następny dzień spała – chyba straciła sporo krwi, chociaż lekarz sprawdzał jej śluzówkę, aby stwierdzić, że kotka nie jest wykrwawiona. Kotka chodziła ostrożnie, podciągając ogon do góry, aby nie urażać jego końcówki. Dopiero wieczorem delikatnie położyła się na mnie, aby się połasić i pomrukać.

Musimy też uważać na Metaksę, która zachowała się bardzo wstrętnie, gdy Redsina wróciła ranna do domu i podeszła do mnie nieśmiało, jakby chciała prosić o pomoc: Metaksa chyba wyczuła osłabienie drugiej samiczki i rzuciła się na nią z pazurami! Ale nie trafiła w kotkę, tylko w moją rękę i podrapała mnie do krwi. A po powrocie od weterynarza śledziła Redsinę, wielokrotnie czając się za nią, jakby przymierzała się do skoku. Trzeba więc pilnować je obie i reagować głośno przy każdej próbie ataku Metaksy.

A dziś musimy jechać na zmianę opatrunku – boję się tego, znowu się kot zestresuje, a zdzieranie opatrunku z rany też może być bolesne. Ale nie mamy wyjścia, tym bardziej, że kotka wsadziła niedawno ogon do miski w wodą i bandaż się zamoczył. Całe szczęście, że przez dwa dni nie próbowała go zerwać z ogona.

Do dziś nie rozwikłałam, jak mogło dojść do takiego wypadku. Jedyne, co przychodzi mi na myśl, to przypuszczenie, że rzucił się na nią pies Sąsiadki. Redsina czasem wieczorem przechodziła do niej przez płot i tego felernego wieczora słyszałam w ogrodzie Sąsiadki jakiś straszny tumult, jakby pies skakał z całej siły na ogrodzenie. Może Redsina próbowała wtedy przeskoczyć przez płot a on złapał ją za końcówkę ogona? Dopóki nie było u Sąsiadki psów, nasze ogrody łączyły małe dziury, którymi koty mogły swobodnie przełazić w obie strony. Gdy pojawiły się psy, próbujące powiększyć te otwory, sąsiedzi zabili dziury deskami, zostawiając jedną małą szparę. Może Redsina do niej nie zdążyła dobiec? A ze wskakiwaniem na dwumetrowy płot gruba kotka ma problemy...
Jeśli tak, to cóż więcej dodać. Chyba tylko to, że powinnam być szczęśliwa, że kot jeszcze żyje, bo taki wściekły pies mógł rozszarpać ją na strzępy.

22 września 2012     Podsumowanie lata

Ostatni dzień lata, w dodatku zimny i wietrzny – to już chyba pora na jego podsumowanie. Generalnie było to lato przyjemne, spokojne i rozleniwiające, dlatego, że ze względu na konieczność opieki nad wnuczką i mamą, zakotwiczyłam w domu i ogrodzie. Rozleniwiające - gdyż tygodniowy wyjazd wakacyjny to stanowczo za mało, jak na moją awanturniczą duszę. A spokojnie było wcale nie dlatego, że nic się nie działo: mała dziewczynka w wieku 1,5+ lat potrafi przewrócić dom do góry nogami i spowodować, że człowiek ani chwili się nie nudzi. Spokojne dlatego, że koty meldowały się regularnie w domu i nie martwiłam się, że coś złego im się stało.

Jedyny przykry wypadek był z Redsiną. To zresztą dlatego nie wyjechałam nigdzie pod koniec wakacji, choć planowałam wypad w góry. Do opieki nad mamą i wnuczką doszła mi opieka nad kotką, z którą trzeba było jeździć co dwa dni na zmianę opatrunku przez pierwszy tydzień, gdy kotka dostawała antybiotyk, a potem co cztery. A mój mąż lekarzy nie lubi i ucieka na ich widok, więc ten obowiązek przypisany został mnie.

Redsina śpi Ogonek leczy się ładnie, nie ropieje i trochę nadrasta. Przez trzy tygodnie trzymaliśmy na ogonie opatrunek i Redsina nie ruszała go. Była ogólnie chyba obolała i nie dała się dotknąć do ogona, co jest zrozumiałe – jeśli coś zdarło z końcówki skórę, to musiało bardzo silnie pociągnąć za cały ogon, więc był on na pewno obolały również u nasady. Po trzech tygodniach lekarz stwierdził, że wystający kikut jest martwy i trzeba go usunąć. Zalecono nam wizytę u chirurga za trzy dni i założono kotce lekki opatrunek, aby powietrze zaczęło dochodzić do skóry. No i ten lekki opatrunek, przyczepiony ledwo – ledwo Redsina natychmiast zdjęła po powrocie do domu. Ale była taka sprytna, że zrobiła to cichaczem i zauważyłam to dopiero po pewnym czasie, gdy kotka już dokładnie wylizała sobie ranę. Przyjrzałam się temu i stwierdziłam, że na końcu rany kotce wytworzyła się poduszka z nowej tkanki i ogólnie miejsce to wygląda nie niepokojąco. Chciałam założyć małej opatrunek sama (Asia ją trzymała i zabawiała, aby odwrócić jej uwagę). Wszystko było dobrze, dopóki nie musiałam złapać silniej ogona powyżej uszkodzonego miejsca, aby umocować gazę. Tam kotka miała tak czułą skórę, że wyskakiwała błyskawicznie z założonej już gazy. No, nie udało się. Ale rana wyglądała na zasklepioną, szkielecik według lekarza był już martwy, pora dnia była już późno - nocna, więc zadecydowałam, że do lekarza po nowy opatrunek pojedziemy następnego dnia.

A następnego dnia stwierdziłam, że w jednym miejscu na końcu skóry przy szkielecie pojawiła się czerwona narośl. Może to tak wygląda ziarninowanie? Sprawdziłam w internecie – rzeczywiście. Więc myślę, poobserwujemy co będzie dalej. Redsina straciła zainteresowania swoim zmaltretowanym ogonkiem i w ogóle go nie ruszała, rana schowana była pod futerkiem, które w miejscu już nadbudowanym zaczynało odrastać. Zobaczymy... Przecież dzikie koty same radzą sobie w ranami, jak choćby Buzuczek, który wielokrotnie miał takie rozległe obtarcia na szyi i jakoś żyje.

Sprawdzałam stan rany kilka razy dziennie. Obszar ziarninowania powiększał się a w następnych dniach na czerwonej narośli zaczęła wytwarzać się tkanka w innym kolorze. Kotka po pozbyciu się ciężkiego opatrunku odzyskała werwę, bo przez pierwsze dwa tygodnie tylko spała.

Zamiast do chirurga pojechaliśmy więc po kilku dnia do normalnego lekarza, referując mu to wszystko. Nowa narosła tkanka była już wtedy pokryta jakby skórką (choć nie wiem, czy to już skóra właściwa, ale wygląda to już ładnie). Lekarz stwierdził, że rzeczywiście proces ziarninowania jeszcze trwa, przebiega bardzo ładnie i wobec tego z obcięciem suchego kikuta można jeszcze zaczekać. Może sam odpadnie? Postanowił już nie zakładać opatrunku – rana się nie brudzi a dostęp świeżego powietrza działa pozytywnie.

No i tak zostało. Rana się zagoiła, ale już więcej nie narasta. Redisna chodzi z gołym kikutem, który ani myśli odpaść. W końcu kiedyś trzeba będzie zdecydować się na jego ucięcie, ale póki nic złego się nie dzieje, jeszcze czekam. Kotka zaczęła wychodzić do ogródka, ale tylko w obecności jakiegoś człowieka. Czasem śpi na ogrodowej huśtawce, gdy siedzę tam z laptopem na kolanach. Ale wystarczy, gdy za płotem pojawią się szalejące psy Sąsiadki, zmyka szybko do domu. Wygląda na to, że rzeczywiście to stamtąd przyszło na Redsinę nieszczęście.

Redsina dawniej
Czy Redsinka już nigdy nie będzie miała takiego ślicznego ogonka?

Redsina z kikutem
Redsina z kikutkiem

A na koniec coś na rozweselenie:
Na oknie od strony ulicy umocowałam sobie tabliczkę z napisem „Uwaga, mam kota!”. Pisałam już, że Tekila tego lata śpi na balustradce przed domem. Pewnego dnia przychodzi listonosz i skarży się:

- Dzwonię do pani i czekając, aż pani otworzy, czytam tę tabliczkę. I nagle z boku wyskakuje prosto na mnie jakiś czarny potwór, jakby chciał mnie pożreć. Na szczęście uciekł, ale się wystraszyłem!”.
-„No i właśnie po to wisi ta ostrzegawcza tabliczka! To kotka Sąsiadki, ona tu sypia. Musiał ją pan nagle zbudzić.”

Mała czarna Tekila robi za kota stróżującego...

Przypomniała mi się historia, jak to mój syn, gdy miał dwa latka, z ogromnym przejęciem przyglądał się trzytygodniowemu kotkowi, takiej czarnej puchatej kuleczce, która ledwo co zaczęła patrzeć na świat i mówił: „Pantera idzie do Stasia!”.


c.d. kroniki - jesień 2012

do góry

mail