Kocia kronika - zima 2013

Przez pryzmat lat

baner górny

Kronika domu szczęśliwych kotów

28 grudnia 2012     Boże Narodzenie

W grudniu przyszła do nas zima. W sumie nic zadziwiającego, ale w tym roku była wyjątkowo śliczna. Śniegowy puch szczodrze okrasił drzewa i krzaki a mrozek do -5 idealnie ten biały pejzaż zakonserwował na długi okres. Mieliśmy więc ładną aurę i malownicze widoki za oknem, dzięki którym mogliśmy czasami odreagowywać przedświąteczną krzątaninę i zakupy. A koty, nieczułe na walory krajobrazowe, przesypiały większość dni i nocy w domu, zmieniając się tylko na dyżurach.

ogródek

Na szczęście w tym roku panowie nie znaczą swojego terenu (czyli naszych ścian i mebli), więc mogłam rozłożyć sobie przyjemność przedświątecznych porządków na dwa tygodnie bez stresu, że raz wymyte meble i ściany oraz wyprane zasłony będą wkrótce potrzebowały poprawki. Dzięki temu jeden tydzień poświęciłam na sprzątnięcie góry domu, drugi na sprzątnięcie dołu i nawet miałam kilka spokojnych dni na przygotowanie prezentów i potraw wigilijnych (robię teraz prezent dla wnuczki, wymagający dużo pracy – makatkę nad łóżko z aplikacjami zwierząt, gdzie są dwa koty: lew i lampart).

Dlaczego panowie nie znaczą teraz terenu? W zeszłym roku przyprawiało to mnie o długie godziny zmywania śladów ich bytności w domu. Ale trwał wtedy konflikt między Bandżo i Amaretto a i Buzuczek dorzucał coś od siebie, jako nagrodę za gościnę. A teraz wysterylizowany Bandżo nie zostawia po sobie śladów, nawet jak na chwilę przyjdzie zdrzemnąć się u nas w domu, gdy jego państwo są w pracy. Nie zawsze go wpuszczam, a już na pewno nie wówczas, gdy śpi u nas Amaretto. Bandżo czeka wtedy na tarasie przy drzwiach, wypatrując mnie w głębi pokoju i staje na tylnych nogach, dramatycznie drapiąc łapkami o szybę. Nie mogę wtedy go zupełnie zignorować, więc stawiam mu na tarasie odrobinę jedzenia na otarcie łez. Odrobinę, gdyż Bandżo stołuje się nie tylko u siebie w domu, ale też u Sąsiadki, która zostawia przed domem sterty jedzenia dla kotów i oczywiście korzystają z tego nie tylko jej koty, ale również wszystkie okoliczne. Ale właściciele Bandża nie chcieliby, aby kot się roztył.

Bandżo
Bandżo szykuje się do spania

BAndżo śpi



     Dlaczego Bandżo tak polubił nasz dom? Ma przecież kochającą rodzinę. Jego pani pytała mnie kiedyś, czy jej kot śpi czasem u nas, gdyż kilka razy nie wrócił do domu na noc, a był mróz i ona przez to nie mogła zmrużyć oka przez całą noc. No i czemu ten egoistyczny potwór (Bandżo) wolał spać u nas, niż wrócić do swego domu? Z przekory, właściwej kotom? Zawsze wywalam go na dwór około 11-tej wieczorem, jeśli wcześniej zadekuje się gdzieś u nas, narażając się na jego fuczenie i spojrzenie pełne urazy. Boję się go przy tym trochę, bo to wielkie kocisko ma też proporcjonalnie duże zęby. Ale dwa razy rzeczywiście wsunął się do naszego domu około pierwszej w nocy przez otwarte drzwi tarasowe, gdy karmiłam Buzuka i zasnął, zanim Buzuczek wyszedł koło drugiej, więc wtedy nie miałam już sumienia Bandża wyrzucać na dwór.

Buzuki ostatnio przychodzi późno w nocy. Czekam na niego w zasadzie do pierwszej – przez tego kota i fakt, że w tym roku nie chodzę do pracy, a więc mogę się rano wysypiać, przesunął mi się cykl dzienny. Ale jest to nawet dla nas wygodniejsze. Reszta domowników jest już w łóżkach, nie plącze się po domu, stresując kota i nie odczuwa dolegliwości długiego wietrzenia domu przez otwarte drzwi od ogrodu.

Wyjątkowo w dzień wigilijny Buzuki przyszedł wcześniej, jeszcze za dnia. Ucieszyłam się, gdyż mieliśmy wyjechać z domu około 3-ciej na pierwszą od kilkudziesięciu lat Wigilię poza domem, do naszego syna i synowej. Nakarmiłam gościa kawałkami ryby ( przebranymi z ości oczywiście), które zostały mi po nocnym przygotowywaniu karpia w galarecie i których zostawiłam trochę dla niego, po nakarmieniu już wszystkich innych kotów. Może te delicje a może duży, kilkunastostopniowy mróz, który pojawił się już poprzedniego dnia, skłoniły kota do położenia się z dala od otwartych drzwi, tak że zdołałam do nich podejść bez jego typowej reakcji i udało mi się je zamknąć. A potem zabrałam się za przygotowywanie barszczu wigilijnego. Staś z Asią pakowali prezenty i kot został w salonie sam. Słyszałam tylko, jak grzechocze figurką z drewnianej, betlejemskiej szopki, przez którą wpadało w amok już tyle kotów. Ale nie miałam czasu na robienie zdjęć.

Amaretto liże krówkę    Amaretto sie myje
Za to niedawno zrobiłam zdjęcia Amaretta z krówką z betlejemskiej szopki, wycmoktaną już chyba przez wszystkie koty

Buzuki



     Po jakimś czasie proszę Stasia, aby wypuścił Buzuczka z domu.
Ale gdzie on jest? Szukamy w salonie za kanapą, gdzie zwykle się chował - nie ma go; na górze – nie ma go. W końcu kot odnalazł się piwnicy na kociej leżance, śpiący smacznie. Po co go więc stresować i wyganiać, zwłaszcza, że na dworze duży mróz, a w salonie śpi na fotelu chory Amaretto i lepiej mu nie przeszkadzać, bo jeszcze sobie pójdzie na całą noc, gdy go zbudzimy - lepiej złego nie ruszać.

Ale w końcu nadszedł czas, gdy musieliśmy wyjechać z domu – najwyższa pora, by wypuścić dzikiego kota na wolność. Szukamy – nie ma go. Przeszukaliśmy szybko cały dom – nigdzie śladu kota. Na pewno gdzieś się zakamuflował, gdyż opuścić mieszkania nie mógł, ale gdzie? Nie mogliśmy już zostać dłużej, ponieważ zbliżała się pora rozpoczęcia Wigilii a ja wiozłam barszcz, ryby i piernik. Cóż robić? Wyszliśmy, zamykając w domu Redsinę, Metaksę, Tekilę, Amaretta i dzikiego Buzuka (Kaluę wzięła wcześniej jej pani). „Już one sobie pogadają ludzkim głosem” – zawyrokowaliśmy. Oj, będą miały Wigilię!

Wróciliśmy do domu około północy. Buzuki smacznie spał na kociej poduszce koło mojego łóżka. Zobaczywszy mnie, skoczył pod łóżko. Wsunęłam mu tam spodeczek z jedzonkiem i wycofałam się. Po jakiejś chwili, gdy reszta (ludzkich) domowników poszła spać, kot pojawił się w kuchni. Dostał ode mnie jeszcze trochę jedzenia, tak samo jak reszta kocich domowników. No, taka koci Wigilia, tyle że bez opłatka... A potem wystarczyło otworzyć drzwi ogrodowe i Buzuki nas opuścił. A wszystkie pozostałe koty z gospodynią Redsiną na czele wymruczały mi życzenia, ale w swoim własnym języku. Nie szkodzi, i tak je rozumiem :)

Redsina z szopką
Redsina mruczy życzenia wigilijne w trakcie miziania się o szopkę i po skonsumowaniu krówki. Koty mają dyspensę na mięso w Wigilię ;)

8 stycznia 2013     Zmagania z chorobą

Dni po Bożym Narodzeniu przyniosły ze sobą odwilż, a ta - choroby, które trawiły nas już jesienią. Przeziębienia chodziły po nas (ludziach), dobierając się do kolejnych ofiar. Nie okazał się na zarazki odporny również Amaretto, który już w listopadzie miał oznaki kociego kataru – coś charkotało mu w nosie, gdy był podekscytowany. Gdy w grudniu zaropiały mu oczy, pojechałam do przychodni weterynaryjnej porozmawiać z lekarzem, ale bez kota. Wytłumaczyłam lekarzowi objawy choroby i poprosiłam o jakiś lek. Nie chciał go dać bez obejrzenia zwierzaka, ale przedstawiłam mu niuanse psychiki Amaretta i stwierdziłam, że co z tego, że ja go przywiozę na badanie, jak potem on do mnie nie przyjdzie przez kilka dni i nie będę mogła go leczyć. Lekarz zrozumiał i przepisał mu lek, mówiąc, żebym jednak spróbowała przetrzymać kota kilka dni w domu i przywiozła go, gdyby mu się nie polepszyło.

Udało mi się to przez dwie noce i dwa dni, pewnie dlatego, że kot był już tak słaby, że cały ten czas przespał. Ale w końcu musiałam go wypuścić na dwór, gdyż Amaretto z kuwety nie chce korzystać. Na szczęście lek zjadał ładnie w parówce i po kilku dniach oczy przestały ropieć. Dawałam mu antybiotyk przez 10 dni i przerwałam niestety, gdyż przyszła wyżej wzmiankowana odwilż, na którą kot zareagował wzmożonym instynktem przedłużenia gatunku, myląc ją z wiosną (a poza ty czuł już się dobrze). I wybrał się na dłuższą wyprawę w poszukiwaniu panienek, w związku z czym nie było go dwa dni z rzędu.

Amaretto

Potem nastąpił Sylwester i, pamiętając zeszłoroczne zaginięcie kota (czego nie da się zapomnieć, nawet przy mojej sklerozie), chciałam koniecznie Amaretta w tę noc przetrzymać w domu. Ale Amaretto wrócił po dwudniowej balandze i przespał całą noc i cały dzień i poprosił o wyjście około 4-tej po południu. Wypuściłam go, mając nadzieję, że chce tylko skorzystać z ekskluzywnej toalety podkrzakowej i zaraz wróci. Nie wrócił, a my z mężem musieliśmy wyjechać z domu na dyżur sylwestrowy przy naszych wnuczkach, aby ich rodzice mogli trochę się zabawić. Obawiałam się, że jak zaczną się fajerwerki, to kot może zechce schronić się w domu, a tu nikt mu nie otworzy. Ale co miałam robić?

W Nowy Rok nie pokazał się ani Buzuki ani Amaretto. Ten pierwszy zameldował się 2-go stycznia, a Amaretto dopiero 4-go i to po moim wieczornym nawoływaniu (gdyż zaczynałam się o niego niepokoić). Przyszedł wyraźnie obrażony i z jednym okiem załzawionym. A ponadto zmaltretowany, ze śladami kocich pazurów na łebku pod uszami i wytartą sierścią w dwóch miejscach na obu nóżkach. Niewątpliwie miał jakąś scysję, ale pewno gdzieś daleko, gdyż nic niepokojącego koło nas nie słyszałam. W każdym razie nie sądzę, aby to było nieporozumienie w Bandżem. Gdzie w takim razie ten kot chodzi?

No, ale na szczęście zameldował się w miarę szybko, nie tak, jak w zeszłym roku. Za to, gdy wrócił do domu Amaretto, nie pojawiał się przez dwa dni Buzuki. Specjalnie się tak zmówili, abym zapewnić mi przyjemność czekania na nich?

Retsina z Buzukiem
Redsina z synkiem, gdy Buzuki znowu raczył ją odwiedzić

Poza tym w domu spokój. Kalua jest teraz zabierana wieczorem przez swoją panią i śpi z nią i psem na jednym łóżku. Pani pośrodku, aby je na wszelki wypadek rozdzielić. Mała, energiczna Kalua, drapieżnik w każdym calu, radzi sobie z psami świetnie. Gdy nowy pies (już nie taki nowy, jest w domu Sąsiadki od roku) za bardzo za nią łazi, wali go łapą na odlew. Szkoda, że Amaretto nie ma odwagi siostry...

Pani Kaluy właśnie przysłała do mnie pewną dziewczynę, poszukującą swojej zagubionej kotki, mówiąc, że do mnie kierują się wszystkie osiedlowe koty. (To duża przesada – tylko te najbliższe ;) Zaginionej koteczki nigdy nie widziałam koło nas, niestety. A przy okazji dziewczyna spytała: „To pani przetrzymuje koty sąsiadów! Jak pani to robi, wyłapuje je pani, czy jak?”. No i jak tu wytłumaczyć, że same przychodzą i nawet trudno je wygonić? Ładną mam opinię wśród sąsiadów, swoją drogą... :)

15 stycznia 2013     Startujemy w konkursie

Redsina i nasi koci rezydenci wyrazili zgodę na zgłoszenie Kroniki domu szczęśliwych kotów do konkursu na Blog Roku 2012. Chciałam to zrobić już w zeszłym roku, ale organizatorzy konkursu podłączyli mi wtedy mój blog o podróżach, która jest stroną główną w domenie Przez Pryzmat Lat i regulamin zabraniał już zgłoszenia do konkursu innej podstrony. Nie pomogły tłumaczenia, że te dwa blogi reprezentują zupełnie różne tematyki, że umieszczone są w różnych folderach, tyle że w tej samej przestrzeni hostingowej (bo po co mam dzierżawić dwie różne, skoro mogę płacić za jedną). A szkoda, bo w styczniu 2012 r. kronika stanowiła pewną zamkniętą całość, opisującą przez okrągły rok historię kociego domu i rozpoczynającą się od zaginięcia Zorbki a dramatycznie zakończoną zaginęciem dwóch kotów i, następnie, pochowaniem jednego. A więc zgodnie z receptą Alfreda Hitchcocka "zaczynała się od trzęsienia ziemi, a potem napięcie narastało" ;), chociaż mocny akcent zakończenia przeczył określeniu "szczęśliwy", które naiwnie umieściłam w nazwie bloga. Ale takie jest życie, najczęściej przekorne.

Może to zresztą i lepiej, że tak się stało, gdyż dzięki temu mogłam już pod koniec stycznia dzielić się na tej stronie swoim szczęściem z nieprawdopodobnego odnalezienia się najpierw Amaretta, a potem Buzuczka i kronika znowu nabrała charakteru bardziej pogodnego. I mogłam ją kontynuować przez następny rok, chociaż był on dużo spokojniejszy i przez to mniej ciekawy, niż poprzedni. Bo i cóż takiego się w tym roku wydarzyło w domu szczęśliwych kotów? Jedynymi przykrymi wydarzeniami było pojawienie się drugiego psa u Sąsiadki i wypadek Redsiny z ogonkiem. Koty są z tego spokoju bardzo zadowolone, gdyż nie mają nic przeciwko przespaniu całego życia z ewentualnym urozmaiceniem go małym polowankiem lub drobną towarzyską utarczką.

W tej sytuacji, gdy nie miałam zbyt wiele do relacjonowania na bieżąco, mogłam uzupełnić bloga o stronę, opisującą zaobserwowane przeze mnie przejawy kociej inteligencji oraz o wspomnienie o mojej pierwszej, niezapomnianej kotce Kamie, która nauczyła mnie szacunku do kociego rodu. Dodałam też nowy dział o nieco przesadzonym tytule "Koty świata", gdzie zamieściłam zdjęcia różnych przedstawicieli tegoż rodu, spotkanych przez nas w trakcie naszych wędrówek i podróży a na okrasę kilkanaście portretów kociaków naszych znajomych. Te ostatnie nadesłali nam nasi przyjaciele, a więc zdjęcia są ich autorstwa - zdecydowałam się na taki krok ze względu mizerną ilość posiadanych przez nas kocich fotek, wykonanych w Polsce (poza bohaterami tej kroniki, oczywiście). A jak tu prezentować pracę o kotach świata, bez kotów polskich? Nie patriotycznie jakoś.

Mojka
Mojka - Rosyjska Niebieska

Mam oczywiście nadzieję na dalszy rozwój strony o kotach świata w efekcie naszych przyszłych podróży. Niektórzy znajomi obiecali nam jeszcze zdjęcia swych kosmatych pociech i jeżeli jeszcze ktoś chciałby na naszej stronie zaprezentować swego podopiecznego, nie widzę przeszkód. Redsina też nie – ten ideał kota nie jest w ogóle zazdrosny.

Dziś w nocy spadł świeży śnieg, na którym można było obserwować pojawiające się coraz liczniej kocie ślady, najpierw pojedyńcze a potem zamieniające się w koto-strady. Na naszym ogródku widać, gdzie prowadzą główne arterie komunikacyjne: w stronę furtki na ulicę, pod krzak, gdzie jest przełaz do ogródka Sąsiadki, do oczka wodnego (teraz całkiem zasypanego), do kociej ubikacji pod świerkiem. A na tarasie rano odczytałam ze śladów taka historię: przy drzwiach siedział Buzuki (śnieg był w tym miejscu, gdzie zwykle siedzi Buzuki, roztopiony, a był to Buzuczek na pewno, dlatego, że po kolacji, którą jadł do 2-giej w nocy, poszedł spać pod taras). Potem pojawił się Bandżo (wielkie ślady łap, prowadzące po schodach do drzwi) a Buzuki salwował się ucieczką prosto z tarasu na ziemię (małe ślady łapek, prowadzące do brzegu tarasu) i przez ogródek pod sosny (ślady dalekich susów w poprzeg ogródka).

kocie ślady
Ślady na ogródku

Kalua wychodzi na spacer    Kalua
Ciekawe, co Kalua wyczytała ze śladów

Kalua wychodzi na spacer    Kalua
Ale pięknie!

23 stycznia 2013     Zaczynamy głosowanie

Miło nam poinformować, że szczęśliwie przeszliśmy etap weryfikacji do konkursu Blog Roku 2012 i od dzisiaj od godziny 15-tej będzie można głosować na naszą kronikę. Przydzielono nam kod G00963 (po G są zera!), który będzie można wysłać SMS-em pod numer 7122, jeśli ktoś chciałby na nas zagłosować w tym konkursie. Pięknie prosimy o głosy! Dochód z sms-ów przeznaczony ma być na dofinansowanie obozów rehabilitacyjnych dla ubogich dzieci.

Redsina, koci rezydenci domu i goście oraz opiekujący się nimi inni domownicy.

28 stycznia 2013     Powrót chorób

Amaretto chory



     Nie minął jeszcze miesiąc od ostatniej choroby Amaretta a znowu mamy w domu punkt opieki medycznej. Cztery dni temu Amaretto wrócił ze spaceru i nic nie jedząc, zaszył się w piwnicy na kilka godzin. Gdy potem dałam mu w kuchni kolację, zjadł trochę i nagle miauknął alarmująco, potrząsnął głową i uciekł do piwnicy. A ja zauważyłam krople krwi znaczące drogę jego ucieczki. Najpierw myślałyśmy z Asią, że naraził się jakiejś kotce i dostał łapą odprawę. Ale gdy poszłam za kotem do piwnicy i zauważyłam tam więcej krwawych śladów, postanowiłam się kotu przyjrzeć. Wyraźnie wystraszony Amaretto wcale nie dał do siebie podejść, tylko zaszył się w najciemniejszy kąt a wypłoszony stamtąd przeze mnie, miotał się tam i z powrotem po pomieszczeniu. W końcu natrafił na trudną do pokonania przedzkodę w postaci zamkniętych drzwi i dopiero wtedy mogłam sie kotu na spokojnie przyjrzeć. Krew leciała z ucha, które wyglądało na pogryzione a na małżowinie zrobił się ropień. No i właśnie pękł, gdy Amaretto potrzasnął głową w trakcie jedzenia.

Zostawiłam więc w spokoju biednego zwierzaka, aby rana mu sie zasklepiła i powycierałam skrzętnie ślady na podłodze. A gdy po dwóch godzinach już uspokojony wrócił do mnie i jakby przepraszając za swoje poprzednie zachowanie, zamiauczał żałośnie tak, jak tylko on potrafi:
"Oooo, jaki jestem biedny kotek!".
"To po coś się znowu z kimś prał?"
spytałam, ale wygłaskałam go, bacznie przyglądając się ranie. Na wierzchu ucha zrobił się strup a wewnątrz jeszcze została spora gula. Dałam więc kocurowi lekarstwo z opakowania, które zostało mi po leczeniu kataru. Dziś po trzech dniach brania antybiotyku i siedzenia w domu ropień jest mały. (Amaretto kilka razy chciał wczoraj wyjść na dwór, ale po otworzeniu drzwi powąchał powietrze, wystawił łapy na śnieg i po zrobieniu kilku kroków na mrozie zawracał do domu).

Tak więc sytuacja wygląda na opanowaną, ale za to rozchorowała się nam Metaksa, która od wczoraj kicha. Skąd katar u kotki, która teraz w ogóle nie wychodzi z domu i jest wykarmiona, a nawet spasiona na maksa? Może się przegrzała, gdyż po całych dniach śpi na ciepłym kocu a ostatnio też na parapecie nad grzejącym kaloryferem? Na razie jeszcze jej się przyglądam, może jej samo przejdzie.

Metaksa
Zawsze elegancka Metaksa ma teraz katar

W ostatnie trzy noce były spore mrozy, dlatego pogratulowałam sobie, gdy udało mi się z soboty na niedzielę zatrzymać w domu Buzuczka. Co prawda sytuacja była nietypowa, gdyż mąż z córką wyjechali do rodziny na pogrzeb kuzyna i kota nikt nie stresował, ale i tak jestem z siebie dumna. On też był chyba z tego zadowolony, gdyż ani nie spieszył się do drzwi wyjściowych, gdy je próbnie zamknęłam, ani nie zdenerwował się, że nie może wyjść, tylko położył się spokojnie na dywanie i zasnął. Wobec tego ja też poszłam spać i wypuściłam kota dopiero o siódmej rano, gdy obudził mnie nieśmiałym miaukaniem. Może kiedyś w końcu uda mi się go oswoić?

30 stycznia 2013 - Przychodzi Ola po Kaluę...

Metasie choroba sama przejść nie chciała. Kotka leżała cały dzień, kichała i nie chciała jeść. Gdy zauważyłam, że jedną dziurkę w nosku ma zalepioną wydzieliną, uznałam, że nie ma na co dłużej czekać i trzeba zawieźć kotkę do lekarza. Sąsiadka przyszła do mnie z kontenerkiem, zapakowałyśmy Metkę, która nawet się nie broniła i pojechały do weterynarza. Lekarz stwierdził koci katar i zapalenie przyzębia. I zaordynowano kotce lek dwa razy dziennie oraz pastylkę do wkładania do pyszczka, tak aby się tam rozpuściła. Od razu poprosiłam Metaksową Panią o pasztecik Gourmont, bo inaczej Metaksa lekarstwa nie zje. I rzeczywiście pasztet się sprawdza. Ale jak włożyć do pyszczka pastylkę kotu tak, aby jej nie wypluł? Mnie się do nie udało. Mąż głaskał i trzymał kota, ja otwierałam mu pyszczek, wkładałam pastlkę a Metaksa tak tą mordką międliła, że w końcu tabletkę wypluwała. Po trzech próbach poddałam się. Gdy Sąsiadka przyjdzie po Kaluę, aby, jak mówi, mogła pobawić się z psami, to może razem spróbujemy.

Wyjaśniło się skąd kotka może mieć koci katar: wykluwa on się 2 tygodnie, czyli musiała zarazić się od Amaretta. A tak starałam się myć miseczki od razu po ich użyciu przez niego. Zbliżyć się do siebie za bardzo Metka kocurowi również nie pozwala. Ale jednak zaraziła się i teraz obawiam się o inne koty. Bo Metaksa bardzo kicha i rozsiewa wokół zarazę, dużo bardziej niż Amaretto. A co będzie, jak zarazi się Redsina? Ona nie da sobie przemycić leku w żadnej postaci. Mam nadzieję, że ochroni ją szczepienie - sprawdzałam, że miała je w marcu.

Amaretto leczony przeze mnie antybiotykiem (na ten ropień na uchu) nie przyszedł do domu od dwóch dni. Pewno odwilż znowu skojarzyła mu się z wiosną. Nawet padający przez cały dzisiejszy dzień deszcz go nie przygonił. I jak tu tego kota leczyć?

Kalua



     Na szczęście w Domu Szczęśliwych Kotów przeważają dni spokojne a czasami pojawiają się momenty wesołe, albo wręcz humorystyczne. Tak było dziś wieczorem, gdy Sąsiadka przyszła po Kaluę, aby zanieść ją do swojego domu i do swoich psów. Zwykle Kalua idzie chętnie do swojej pani na ręce, a jeżeli jest mróz lub deszcz, Sąsiadka bierze ją pod kurtkę, zwłaszcza, gdy kot zostanie wybudzony z cieplutkiej drzemki. Ale zanim to się stanie, następuje szukanie kota po całym domu. I czasem okazuje sie, że kota nie ma, bo ktoś go "dopiero co" wypuścił na dwór albo kot zostaje znaleziony, ale trzeba jeszcze sprawdzić, czy jest to właściwy kot. Albowiem Kaluę od jej matki Tekili możne odróżnić tylko dotykając futerka. Jednym słowem, aby oddać Sąsiadce jednego kota, trzeba na ogół znaleźć jeszcze tego drugiego, służącego jako materiał porównawczy. I czasem oba koty chowają się przed nami, bawiąc w ciuciubabkę i trzeba je sposobami wyciągać z różnych kryjówek - najlepiej wtedy sprawdza się przyniesienie kawałka mięska. Ale zdarzyło się parę razy, że pomyliliśmy się i Sąsiadka odkryła, że niesie Tekilę a nie Kaluę dopiero pod domem, gdy ta wyrwała jej się, słysząc ujadanie psów.

A dziś było tak: zadzwoniła Sąsiadka do drzwi a jakaś Mała Czarna na dźwięk dzwonka uciekła z salonu na górę, ale zatrzymała sie na półpiętrze, obserwować, co będzie się działo. Gdy udałam się po nią, uciekła pod łóżko męża, ale na fotelu obok spała druga Mała Czarna, którą zaniosłam do rąk Sasiadki na rozpoznanie. Po stwierdzeniu, że to jednak Tekila, nie Kalua, poszłam na górę wyciągać kota spod łóżka. Nie było to łatwe, ale w końcu udało mi się wygonić ją z pokoju na dół. Tam kotka wbiegła pod rozłożyste gałęzie choinki (tak, jeszcze u nas stoi) i przystąpiliśmy do wypłaszania kota spod niej. Nie pomogło wołanie jej przez panią, ani szturchanie w nią parasolem (uznała to za zabawę i podgryzała drewnianą końcówkę). Na nic zdało się wyciąganie jej przy pomocy zabawki - Kalua chwyciła ją w zęby i tarmosiła a za nic nie dała jej sobie wyrwać, a co dopiero mówić o wybiegnięciu za nią spod choinki. Nie poskutkowało przyniesienie miski z wątróbką - bardzo ucieszyła się z tego Tekila, która żywo zainteresowana oglądała całe zamieszanie i zjadła wątróbkę, a Kalua nic - siedzi pod drzewkiem. Przyniosłam więc mopa i szturając nim w końcu wypłoszyłam kotkę, ale ta błyskawicznie schowała sie za kanapę. Mówię więc do Sąsiadki:
Stań przy jednym końcu kanapy, a ja ją wypłoszę mopem z drugiej strony". Cóż, kiedy Kalua przeskoczyła nad mopem i wbiegła znowu pod choinkę.

Gdy po raz kolejny wylądowała za kanapą, wypłoszona drugi raz spod krzaka, tym razem Sąsiadka(no dobrze, może już najwyższy czas, by zdradzić, że Sąsiadka ma na imię Ola) dała się zaskoczyć żywiołowej kotce i przepuściła ją między rękami. I kot znowu schował się pod choinkę. Wtedy już zawołałyśmy posiłki w postaci mojej córki. Ja wyganiałam kota spod drzewa, Ola stała koło kanapy z Asią (co 4 ręce to nie dwie), Tekila podniecona całym przedstawieniem gdakał po swojemu "Kłe, kłe", Redsina obserwował to wielkimi oczami, a nawet chora Metaksa obudziła się i wlazła na stół, coby lepiej widzieć. No i wtedy osaczona przez nas wszystkich Kalua popełniła błąd taktyczny: zamiast wlecieć za kanapę, schowała się pod nią i kuper jej wystawał. Ja złapałam za ten kuper i oddałam ją Oli, nie zważając na pełne rozżalenia "Miauuu", którym kotka podsumowała koniec tej wspaniałej zabawy.

A jaki morał z tego wszystkiego? Trzeba wreszcie zlikwidować choinkę!

choinka             kalua ucieka
Nie złapią mnie, nie złapią!


6 luty 2013     Podziękowania

Konkurs na Blog Roku 2012 zakończony, czas na podsumowania. Moja strona o kotach zajęła 49-te miejsce na 800 startujących blogów. Głosowały na mnie 52 osoby, a tym samym zdobyłam upragnione trzy kuleczki (tak sobie zawczasu założyłam: że jak zdobędę trzy kulki, to będę zadowolona). I udało mi się to. Jak na wielką konkurencję w kategorii "Pasje i zainteresowania", gdzie w tym roku były też blogi o podróżach, które w zeszłym roku stanowiły odrębną kategorię, to całkiem udany wynik. Oczywiście wszystko jest zasługą moich znajomych, którzy zechcieli na mnie zagłosować, bo to w większości ich głosy. Dziękuję Wam wszystkim serdecznie!!!

Kronika Domu Szczęśliwych kotów nie jest znana w społeczności blogerów, gdyż tworzę ją samodzielnie i we własnej domenie, bez korzystania z oprogramowania, użyczanego przez blogspota czy innego bloxa. A tym samym nie jest zgłoszona do katalogów tych serwisów. Owszem w Googlach wyskakuje na pierwszym miejscu, gdy wpisze się w wyszukiwarkę "kot kronika", ale przy wpisaniu samego "kota", to... szukaj wiatru (kota) w polu... Jeżeli więc ja sama się nią nie pochwalę, kot z kulawą nogą mnie nie znajdzie w wirtualnej rzeczywistości. Z tego też względu taki konkurs daje mi możliwość wypromowania mojej strony wśród znajomych, bo bez takiej zachęty nikt nie ma czasu, aby tu zaglądać...

A kręciło się koło mojej strony w trakcie tego konkursu sporo osób - w ciągu tygodnia licznik podskoczył o jakieś 350 wejść. A reaktywowało się, dzięki konkursowi i moim sms-om, kilka wirtualnych i w realu kontaktów z rodziną i dawnymi znajomymi... Z przyjemnością dla obu stron... I nazbierało się sporo zdjęć kotów naszych znajomych, z których większość umieściłam już w dziale "koty świata" (jeszcze nie wszystkie). Za wszystkie zdjęcia bardzo dziękuję: Iwonce, Danusi, Ice, Zuzi, Lidce i Piotrkowi, Kasi, Agacie, Ali, Hani, Piotrkowi, Marcinowi i Krzysiowi. Tyle wspaniałych zwierzaków i co kot, to inna historia. I niech podziękowaniem dla wszystkich będzie zdjęcie Rudziaka, przysłane mi przez Alę :)

Rudziak


c.d. kroniki - Niby przedwiośnie 2013

do góry

mail