Moje czasy studenckie, to gierkowskie lata siedemdziesiąte, lata względnego dobrobytu, choć u nas w domu wtedy się nie przelewało. Dla mnie - bardzo miły okres młodości i szeroko nawiązywanych znajomości. Aby mieć pieniądze na swoje potrzeby i wyjazdy, zarabiałam fizycznie, biorąc "fuchy" ze studenckiej spółdzielni pracy i sprzątając w różnych firmach oraz umysłowo - udzielaniem korepetycji z matematyki. W wakacje wyjeżdżałam z moją paczką kolegów w Bieszczady, ze znajomymi ze szkoły muzycznej w Tatry, przyjaciółką Joasią na żagle a także na obozy studenckie w Góry Świętokrzyskie, na Pojezierze Pomorskie i za granicę.
Bieszczady były wtedy dopiero odkrywane po latach zapomnienia w wyniku ich bolesnej, niezbyt odległej przeszłości i posiadały niesamowity klimat, którego, mimo nieustającego piękna tych gór, trudno się teraz dopatrzeć.
Miejsc zagospodarowanych było niewiele (po akcjach niszczycielskich UPA i walkach z banderowcami), ludności tubylczej było mało (po masowych mordach, dokonywanych przez banderowców na ludności polskiej i odwetowej akcji „Wisła”, przeprowadzonej na ludności łemkowskiej - o której wtedy nie mówiło się), za to w lecie góry należały do młodzieży: harcerzy i studentów.
To oni wnosili w te góry nowe życie i radość, oni odkrywali na nowo szlaki połonin.
Uwielbiałam te góry dzięki ich malowniczości, dzikości, ale również budzącemu się w nich młodzieńczemu entuzjazmowi i możliwości sprawdzenia się w trudnych warunkach.
Teraz, gdy ktoś chce poczuć adrenalinę, uprawia za ciężkie pieniądze sporty ekstremalne lub uczestniczy w zorganizowanych obozach przetrwania.
Wtedy wystarczyło wyjechać w Bieszczady. Spanie w namiotach, do których po nocnej ulewie mógł „podejść” potok, mycie się w lodowatych strumieniach, jedzenie nieśmiertelnej „wołowiny w sosie własnym” przygotowywanej na ognisku, szorowanie menażek piaskiem, polowanie na chleb, który kupowało się (albo i nie) prosto z samochodu,
przyjeżdżającego dwa razy w tygodniu, przeprawianie się przez strumienie na dziko i nade wszystko dźwiganie całego, ważącego kilkadziesiąt kilogramów dobytku na własnych plecach z gumowymi materacami, śpiworami, kuchenkami turystycznymi i jedzeniem na cały pobyt,
bez możliwości skorzystania z jakiegokolwiek środka lokomocji, bo nawet jeśli trafiło się już na szosę, po której raz dziennie jechał PKS, to i tak „tych z plecakami” nie brał.
Za to atmosfera w bazach studenckich była wspaniała, rozgrzewana ogniskiem i nocnymi śpiewami przy gitarach, pachnąca parującą, wiecznie suszącą się odzieżą i butami.
A za dnia chodziliśmy po tych górach jak prawdziwi włóczędzy, czując smak wolności.
Włóczędzy na rozdrożu
Od mycia się w takim potoku cierpły nawet zęby
Na połoninie
Cóż, w końcu były to lata hipisowskie: "Make love, not war"
Na swój pierwszy obóz studencki wyjechałam po pierwszym roku studiów w 1974 r. Poznawaliśmy na nim uroki gór Świętokrzyskich, stacjonując w Nowej Słupi: gołoborza Łysicy i Łysej Góry, klasztor Św. Krzyża, puszczę Jodłową a także trafiliśmy na pokazy wytapiania żelaza w prehistorycznych dymarkach. Ale przede wszystkim przyjemnie bawiliśmy się w swoim towarzystwie.
Nasza grupa studencka. Kierunek: Cybernetyka i informatyka ekonomiczna
Na obóz uczelniany (z SGPiS-u, dzisiejsza SGH) do Turyngii (NRD) też w 1974 r. pojechało sporo atrakcyjnych dziewcząt.
Mieszkaliśmy w skromnych namiotach na kempingu, obok niemieckich rodzin, które zjechały tam całymi karawanami i czuliśmy się trochę jak Kopciuszki, ale do czasu.
Wkrótce zainteresowali się nami studenci niemieccy, gdyż, co tu dużo mówić – Niemki nie dorównywały nam ani urodą ani intelektem.
Poza przyjemnie spędzanym towarzysko czasem, oczywiście zwiedzaliśmy (m.in. zamek Wartburg w Eisenach) i chodziliśmy po górach.
Znajomości ze studentami niemieckimi okazały się długotrwałe i później odwiedzali nas w Polsce.
Pamiętam, że czułam się niezręcznie, oprowadzając ich po Warszawie, gdyż zatrzymywali się przed każdym miejscem pamięci narodowej ( a tych w Warszawie jest co niemiara ) i prosili o przetłumaczenie napisów, na których były informacje, ilu Polaków zostało w tym miejscu przez hitlerowców rozstrzelanych
- do czasu, aż jeden z nich powiedział, że za dużo pamiętamy! Zareagowałam całkowicie impulsywnie, mówiąc: „My musimy pamiętać!” i tak się zakończyło moje pierwsze z życiu oprowadzanie obcokrajowców po naszym kraju.
Życie kempingowe
Demonstrujemy niemiecką markę
Na górskiej wycieczce
Oprócz wędrowania po górach, również zwiedzaliśmy
Na zamku w Wartburgu
Dzięki mojej przyjaciółce, Joasi i jej chłopakowi Darkowi, który był zapalonym sternikiem, poznałam Pojezierze Suwalskie i zasmakowałam w żeglowaniu, mimo, że generalnie boję się wody. Ale łopot żagli i wiatr we włosach podczas halsowania dają takie cudowne uczucie swobody... Dwa sezony pływaliśmy na Omedze po Jeziorach Augustowskich i dokonaliśmy spływu kajakowego malowniczą Czarną Hańczą (pętla od Augustowa do Śniardw i z powrotem przez Kanał Augustowski), która to wyprawa dała mi się mocno we znaki, jako że byłam wtedy niedługo po zapaleniu płuc a bez wiosłowania kajak niestety płynąć nie chciał.
Proza obozowego życia: zmywanie, pranie
/>
A to poezja: na żaglówce
Kosztujemy dorosłości: piwo, papieros (tak naprawdę nigdy nie paliłam, ten papieros w moim ręku był tylko dla szpanu)
Po III roku w 1976 r. pojechałam na obóz almaturowski do Rumunii.
Zwiedzaliśmy Bukareszt, Constancę z kasynem (ewenement w kraju socjalistycznym) i wybrzeże Morza Czarnego, ale przede wszystkim wypoczywaliśmy nad morzem w Eforia Nord, wieczorami bawiąc się na dyskotekach.
Ta z długimi koralami to ja. Miałam wtedy piękną sukienkę z białej bawełny w ręcznie malowane kolorowe kwiaty
Wrzesień tegoż roku spędziłam z mają przyjaciółką Hanią i jej świeżo upieczonym mężem Markiem w Zakopanym, mieszkając w tradycyjnym domu góralskim u znajomych gazdów na Gubałówce. Poza wycieczkami górskimi, niezbyt długimi, spędzaliśmy czas bardzo wesoło a nocne powroty do domu przez pustą, oświetloną tylko gwiazdami i światłem księżyca, nierzadko osnutą mgłami Gubałówkę, miały w sobie coś magicznego. Wtedy Gubałówka nie była tak skomercjalizowana, jak dziś - to co dziś z niej zrobiono woła o pomstę do nieba - stragany z pamiątkami mieściły się tylko z prawej strony górnej stacji kolejki linowej w kierunku Kotelnicy a z lewej strony ciągnęły się zagrody góralskie, zagajniki, łąki z pasącymi się owcami, stała cicha kapliczka - było pusto, spokojnie, malowniczo i niezwykle urokliwie. Wieczorami wracaliśmy z Zakopanego senną i pustą o tej porze kolejką a w rytm stuku kół wagonika zostawialiśmy w dole światła i gwar miasta, zatapiając się w atmosferę nocy i spokoju, zaś po opuszczeniu pojazdu otulało nas odświeżające powietrze przepojone zapachem łąki i żywicy a nad nami migotały gwiazdy...
W latach 1978 i 1979 odbyliśmy we trójkę z Andrzejem i jego przyjacielem Stasiem niezapomniane wyprawy po dostępnej nam wtedy, socjalistycznej części Europy, które opisuję oddzielnie, ze względu na obfitość wrażeń:
Podróże po ukończeniu studiów, czyli włóczęga po Europie centralnej i południowej (1978, 1979)
Moje wakacje ostatniego roku przed zamążpójściem miały zdecydowanie charakter górski. W sierpniu 1980 roku w ciągu 3 tygodni przewędrowaliśmy z Andrzejem i Stasiem od Bieszczad przez Beskid Niski, Beskid Sądecki i Gorce aż do Nowego Targu z całym dobytkiem na plecach (namiot, gumowe materace, grube śpiwory, kuchenka, menażki, denaturat do palenia i zapasy jedzenia na dwa tygodnie - gdyż na dokupienie w sklepach czegokolwiek nie było co liczyć), nocując w namiocie i jak się dało w schroniskach. Szlak przez Beskid Niski był wówczas rzadko uczęszczany ze względu na mizerną bazę turystyczną - bywało, że przez cały dzień nie spotkaliśmy żywej duszy, poza ptaszkami i uciekającym przed nami stadkiem dzików. Szczególnie zapadł mi w pamięć jeden nocleg, który, w trakcie pokonywania długiego odcinka szlaku, wypadł nam w środku lasu. W pobliżu nie było żadnego potoku, więc po zjedzeniu obiadu (makaronu z wołowinką w sosie własnym - a jakże) zostawiliśmy nieumyte naczynia pod namiotem, co spowodowało w nocy zainteresowanie nimi jakiegoś zwierzaka. Niezbyt przyjemnym było nasłuchiwanie przez cienką ścianę namiotu, jak kilka kroków od nas jakiś niezidentyfikowany amator naszej kolacji łomoce menażkami.
Inne ciekawe spotkanie ze zwierzakami mieliśmy w Beskidzie Sądeckim. W rejonie Hali Łabowskiej przybłąkał się do nas jakiś pies i szedł za nami całą drogę w kierunku Rytra, mimo naszych prób zawrócenia go. Ja trochę się obawiałam na początku, że może być zdziczały lub wściekły, ale stwierdziliśmy, że zachowuje się przyjaźnie. Gdy już zbliżyliśmy się do pierwszych zabudowań w Rytrze, z jakiegoś przydrożnego obejścia wypadł na Andrzeja kogut i zaatakował go. Andrzej próbował osłaniać się, ale ptak był bardzo agresywny i skakał do niego z pazurami, usiłując dziobać. I wtedy przyszedł nam w sukurs nasz czworonożny znajomy, który odgonił koguta i po tym wyczynie wyraźnie czekał na pochwałę. Po czym grzecznie zawrócił i ruszył z powrotem.
Chodziliśmy po tych wyludnionych górach z daleka od cywilizacji, w ogóle nie zdając sobie sprawy, że w Polsce dokonują się historyczne zmiany. Kiedy wreszcie dotarliśmy do szosy i skorzystaliśmy z autobusu, słuchaliśmy zaszokowani jak ludzie mówią między sobą o strajkach w stoczniach i kopalniach, trochę wystraszeni i niepewni, co będzie dalej. Gdy Andrzej na głos spytał, co się dzieje - strajki w socjaliźmie?! - nabrali wody w usta nie będąc pewni, z kim mają do czynienia. Dopiero po naszym wyjaśnieniu, że dopiero zeszliśmy z gór, w których zaszyci byliśmy przez dwa tygodnie, zaczęli nam opowiadać i pokazali gazetę, w której użyto pojęcia "strajk robotniczy". To nam dopiero dało do myślenia, że chyba rzeczywiście
dzieją się jakieś niespotykane dotąd w naszej socjalistycznej ojczyźnie rzeczy, gdyż poprzednio przy okazji wydarzeń czerwcowych (`56), marcowych (`68) czy grudniowych (`70) partia używała sformułowań "reakcjoniści", "kontrrewolucjoniści" czy "chuligani". A tu sama przyznaje, że są to wystąpienia robotnicze... No i wkrótce czytaliśmy w gazetach o porozumieniach sierpniowych i oglądaliśmy zdjęcie Lecha Wałęsy w ogromnym piórem, podpisującego te porozumienia...
Naszą wędrówkę zakończyliśmy na Turbaczu. Schodziliśmy z niego w potokach deszczu, miejscami zjeżdżając w potwornym błocku, gdyż musieliśmy zdążyć do Nowego Targu na warszawski pociąg. Na dworzec trafiliśmy na chwilę przed odjazdem pociągu, ale udało nam się nawet częściowo przebrać z przemoczonych i niemiłosiernie zabłoconych ciuchów. To był wspaniały wyjazd :)
1980 - zagubieni w lasach Beskidu Niskiego
1980 - cerkiew w Powroźniku - Beskid Niski
1980 - cerkiew w Powroźniku - Beskid Niski
1980 - Staś w Iwoniczu Zdroju - może miał ochotę na kąpiel?
1980 - zbieranie sił w Iwoniczu Zdroju przed pójściem na dalszą włóczęgę
1980 - podziwiamy panoramę w Beskidzie Niskim (według mojego czytelnika Pawła jest to widok spod Grzywackiej Góry na Kąty
1980 - Beskid Sądecki
1980 - przed schroniskiem na Starych Wierchach w Gorcach
1980 - w Gorcach
1980 - na Turbaczu
1980 - na Turbaczu - Staś, Andrzej i ostatnia wołowinka w sosie własnym
Wkrótce potem we wrześniu ja za Stasiem wyjechaliśmy do Zakopanego, romantycznie zamieszkując u znajomych gazdów na Gubałówce. Pokazywałam Stasiowi uroki Tatr, gdyż on znał do tej pory głównie Beskidy, sama pokonując wiele tras po raz pierwszy. Pogoda była piękna i korzystaliśmy z tego, przechodząc między innymi długą trasę z Gubałówki do Doliny Kościeliskiej a potem przez całe Czerwone Wierchy - powitałam wtedy wiadomość o wolnych miejscach w kolejce powrotnej z Kasprowego Wierchu z prawdziwą ulgą. Natomiast sporemu szczęściu zawdzięczamy bezpieczne przejście innej wycieczki, na którą wyruszyliśmy całkowicie nieświadomi zagrożenia, jako ze wtedy jeszcze nie mieliśmy dużego doświadczenia tatrzańskiego. We mgle i przy świeżo spadłym śniegu udaliśmy się z Kasprowego Wierchu na Świnicę i Zawrat, zupełnie nie znając trasy i nie mając nawet rękawiczek (na szczęście mieliśmy kurtki i dobre buty). Dziś nie wiem, jak nam się to udało - jakieś znaki pewno było spod śniegu momentami widać, ale miejscami mgła ograniczała widoczność do kilku metrów, pozostawiając mnie w błogiej nieświadomości pobliskiej przepaści i wejście na Świnicę polegało po prostu na wspinaniu się na kolejne pojawiające się przed naszymi nosami głazy a zejście Zawratem na powolnym zsuwaniu się na pupie po śniegu w dół przełęczy (przynajmniej u mnie). Mimo namowów Stasia odmawiałam prawidłowego zejścia przy pomocy łańcuchów, gdyż to wymagałoby oderwania się od skały a ja czułam się pewniej siedząc na niej :) A poza tym trzymanie się zmrożonych łańcuchów bez rękawiczek nie było przyjemne... W każdym razie, kiedy kilka dni później, będąc znowu nad Stawem Gąsiennicowym przy dobrej pogodzie spojrzałam na naszą ówczesną trasę, stwierdziłam, że głupi ma szczęście...
1980 - widok z okna naszego pokoju na Zakopane i Tatry Wysokie
1980 - widok z okna naszego pokoju na Zakopane, Giewont i Tatry Zachodnie
1980 - Staś na Gubałówce
1980 - w Dolinie Strążyskiej
1980 - w Dolinie Chochołowskiej
1980 - przy Wodogrzmotach Mickiewicza
1980 - w drodze na Ciemniaka
w drodze na Ciemniaka - to samo miejsce w 1980 r i 2009 r.
1980 - widok na Giewont z podejścia na Ciemniaka - w 1980 i 2009 r.
1980 - widok z Ciemniaka na Krzesanicę
1980 - w okolicy Krzesanicy
1980 - na Czerwonych Wierchach
1980 - widok z Czerwonych Wierchów na Tatry Wysokie
dla porównania - widok z Małołączniaka na Tatry Wysokie w 2009 r.
oraz zbliżenie na Kocioł Gąsienicowy (2009 r.)
1980 - pamiętne zejście we mgle i śniegu z Zawratu
1980 - u góry na Zawracie i już na dole nad Czarnym Stawem Gąsienicowym
To był ostatni mój taki beztroski wyjazd na wiele lat, w grudniu tego samego roku wyszłam za mąż za Stasia i później wyjeżdżałam już jako żona i matka, więc musiałam wykazać się większą wyobraźnią, przezornością i odpowiedzialnością nie tylko za siebie.
Powrót do strony głównej o podróżach