W 1995 roku zaproponowano mi wyjazd na kolonie szkolne do Włoch w charakterze wychowawcy.
Mój kolega dorabiał sobie w lecie jako kierownik ośrodka kolonijnego w Cesenatico, którego właścicielem była polsko-włoska firma turystyczna.
Nie miałam doświadczenia i obawiałam się odpowiedzialności, wiążącej się z tym przedsięwzięciem, ale znajomi, którzy posiadali dzieci zachęcili mnie do tego, mówiąc, że ze mną bez obaw wypuszczą swoje pociechy nawet tak daleko (wtedy kolonie w krajach zachodniej Europy były jeszcze rzadkością).
Zebrałam więc własną grupkę kilkunastu dzieci moich znajomych, w tym córki przyjaciół Marka i Hani - Alę i Danusię, sporą ekipę z firmy mojej siostry, kolegów mojego syna oraz moje własne dzieci, Asię i Stasia i odważyłam się wyjechać, wiedząc, że w razie jakichkolwiek kłopotów będę miała rodziców po swojej stronie.
Podróż trwała kilkadziesiąt godzin i była bardzo męcząca, tym bardziej, że mieliśmy awarię autobusu i spędziliśmy dodatkowo około ośmiu godzin gdzieś w Alpach, czekając na przywiezienie i naprawienie zepsutej części. Biorąc pod uwagę zmęczenie całodobową jazdą, spędzoną w autobusie noc i brak ciepłego posiłku, dzieci zachowywały się wzorowo, za to po przyjeździe na miejsce padliśmy wszyscy.
Po tym niezbyt zachęcającym początku, reszta pobytu okazała się bardzo udana.
Moje dzieci i koledzy syna, Piotrek i Łukasz
Plażowaliśmy nad ciepłym Adriatyckim Morzem,
Asia w Adriatyku
    organizowaliśmy dzieciakom atrakcje, jak pobyt na miejscowym basenie ze spływem pontonami i systemem ekscytujących zjeżdżalni ( z jednej nawet ja zjechałam, pokonując wrodzone tchórzostwo, aby nie zbłaźnić się przed dziećmi)
Asia w basenie
czy wieczorne dyskoteki oraz różnego typu konkursy. Jednym z nich był bieg z plaży w głąb morza, potem wzdłuż wybrzeża w morskich falach i z powrotem. Wygrała w nim córka moich przyjaciół - Danusia, która wtedy trenowała biegi w sportowej szkole podstawowej. Przyjemnie było popatrzeć, jak ona w skupieniu szykuje sie do startu, szybko odchodzi od reszty dzieci i, zmachana, finiszuje. Bardzo chciała wygrać, mimo, że była to tylko wakacyjna zabawa z dziećmi, które nawet jeżeli uprawiały sport, to nie były to przecież biegi (np. nasze dzieci ćwiczyły wtedy gimnastykę sportową na przyrządach w AWF-ie). Ta wola walki, zaprezentowana wtedy w dziecięcym konkursie, zadecydowała, że - po zmianie uprawianej dyscypliny - 10 lat później Danusia zdobyła Mistrzostwo Świata w szremierce.
Co dwa dni urządzaliśmy wycieczki turystyczne po Włoszech. Pojechaliśmy przez pasmo malowniczych Apeninów ...
W Apeninach
Asia i Staś w Apeninach
do Florencji - miejsca narodzin renesansu - gdzie w olbrzymim tłumie oglądaliśmy Most Złotników (Ponte Vecchio), ozdobiony reprodukcjami plac Michała Anioła z pięknym widokiem na miasto i rzekę Arno oraz słynną Katedrę - arcydzieło sztuki renesansowej - zwieńczone olbrzymią kopułą i prowadzące do niej Rajskie Wrota a w środku słynną Pietę Michała Anioła. Asia kupiła tu sobie wachlarz do swojej kolekcji.
Tam też przeżyliśmy godziny stresu, gdy w tłumie zagubiła się dwójka młodzieży (na szczęście nie z mojej grupy). I to na krótkim odcinku między Mostem Złotników a Katedrą. Na każdym postoju odliczaliśmy dzieci, więc szybko zorientowaliśmy się co się stało, ale wielokrotne poszukiwania dzieci przez ich opiekuna nic nie dały. Dwójka szesnastolatków jakby zapadła się pod ziemię. Zawiadomieni zostali więc karabinierzy a wszystkie pozostałe grupy po zakończeniu zwiedzania czekały na efekt poszukiwań przy autobusach. Po dwóch godzinach bezskutecznego stania w upale, postanowiliśmy rozdzielić się i odwieźć nasze Bogu ducha winne dzieci do ośrodka. Zostawiliśmy jeden autokar a sami wracaliśmy do Cesenatico w minorowych nastrojach. Dopiero pod koniec jazdy usłyszeliśmy przez radio naszego kierowcy, jak kierowca feralnej grupy wołał radośnie po włosku coś w tym stylu: "Gracie Domini... Karabinieri....Bambini...". Po pięciu godzinach bezskutecznego błąkania się po mieście, młodzi poszli na posterunek policji... A jak się zgubili? Ano, weszli na chwilę do sklepu, a jak wyszli - nie było już nas widać. I gdyby zostali na miejscu lub zgodnie z zasadami wrócili do ostatnio zwiedzanego miejsca, zostaliby odnalezieni w kilka minut. Ale oni uważali się za prawie dorosłych i poszli sami w miasto szukać nas... Jest to historia, którą później opowiadałam dzieciom przed każdym wyjazdem na zieloną szkołę.
Na Moście Złotników we Florencji
Katedra we Florencji
Cały dzień spędziliśmy w Rzymie, zwiedzając jego największe antyczne zabytki takie jak: p pobudzające wyobraźnię Koloseum - miejsce starożytnych igrzysk i kaźni pierwszych chrześcijan
  
i tętniące 2 tysiące lat temu życiem Forum Romanum, dziś zmuszające do refleksji ruinami kolumnad, świątyń i budynków publicznych.
Biegiem przelecieliśmy przez centrum miasta z łukami tryumfalnymi (Łuk Konstantyna) i kolumnami (Kolumna Trajana), słynnymi fontannami (Fontanna di Trevi) i Schodami Rzymskimi.
Łuk Konstantyna
Fontanna di Trevi
Najwięcej czasu poświęciliśmy na jedyne w swoim rodzaju papieskie państwo w mieście - Watykan - z obfitującą w bezcenne zabytki
Bazyliką Św. Piotra i przepięknym, ogromnym placem Św. Piotra, który do tej pory znaliśmy tylko z telewizyjnych transmisji papieskich mszy, a teraz mogliśmy próbować ogarnąć jego doskonałą formę własnymi oczyma.
W świątyni było zbyt mało czasu, aby w spokoju podelektować się renesansowymi i barokowymi arcydziełami jej wnętrza, nie mówiąc już o modlitwie.
Wejście na górny taras Bazyliki (trochę "skośne", gdyż przechodzi się wąskim korytarzem pod sklepieniem kopuły), odsłoniło przed nami fantastyczną panoramę Watykanu i widok na wypieszczone Ogrody Watykańskie z klombami ułożonymi w wizerunek herbu.
Żałowaliśmy tylko, że nasz papież przebywał wtedy na wakacjach w Castel Gandolfo.
Bazyliką Św. Piotra
Ogrody watykańskie
Panorama Rzymu z tarasu Bazyliki
Pobyt w Rzymie, nawet tak krótki, częściowo zaspokoił moje młodzieńcze pragnienie zobaczenia tych wspaniałych historycznych miejsc, o których wcześniej tyle czytałam, choć zawierał też mniej przyjemne elementy. Chodzenie w czterdziestostopniowym upale po Wiecznym Mieście było bardzo męczące i u mojej córki spowodowało ból głowy, który na szczęście minął bez śladu po przespanej nocy. A w Koloseum spotkaliśmy złodzieja, który zamierzał okraść jedno z dzieci, ale udaremniłam jego zapędy, bacznie pilnując wszystkich, uprzedzona o takich wypadkach przez moich kolegów.
Te pełne wrażeń, ale męczące wycieczki przeplataliśmy krótszymi wypadami do miejsc bardziej rekreacyjnych tj. wodnego miasteczka Mirabilandii i Mini Europy, gdzie można było zarówno obejrzeć miniatury znanych obiektów naszego kontynentu, jak i wyszaleć się na typowych dla wesołego miasteczka urządzeniach, jak olbrzymie huśtawki czy rollercoaster. Na szczęście nikomu nic złego się nie stało, a miałam pewne obawy, tym bardziej, że zostałam wysłana tam sama z trzema grupami dzieci, gdyż moi koledzy zrobili sobie w tym czasie wolne na zakupy, nakazując zresztą zapłacić mi za bilet wstępu, który mi przysługiwał w tej sytuacji za darmo. No cóż, widocznie uznali, że muszę zapłacić frycowe, ale sytuacja ta zostawiła po sobie niemiłe wspomnienia. I nie zmienił tego mój wieczór urodzinowy, który uczciliśmy gazowanym Spurmante, pijąc go nocą na dachu budynku (gdy dzieci już spały), co zakończyło się szalonym pomysłem nocnego pływania po morzu wodnym rowerem i kąpielą w morskich odmętach w mojej świeżo kupionej długiej, włoskiej kreacji...
Za to wspaniałe wspomnienia mam z wycieczki do San Marino - położonej wewnątrz Włoch malutkiej republiki, cieszącej się niepodległością od 1700 lat. Świetnie zachowane średniowieczne miasto, otoczone potężnymi murami obronnymi i zbudowane na niezdobytej jasnej skale sprawiało niezapomniane wrażenie.
W środku atmosfera - jakby czas się zatrzymał. Krążyliśmy po murach obronnych i starych uliczkach, napotykając a to grającą orkiestrę a to gwardzistów w galowych strojach a to sklepiki zapełnione pamiątkami lub oferujące degustację win i likierów, z których ta malutka republika słynie.
W powrotnej drodze musieliśmy asekurować kilkoro starszej młodzieży, która zbyt mocno „degustowała” oraz chwilowo zarekwirować wiele butelek likierów, zakupionych dla rodziców w prezencie, aby w ogóle miały szanse dojechać do Polski (butelki zostały po powrocie oddane do rąk własnych rodzicom).
Ja też przywiozłam z San Marino kilka pamiątek: bukłaczek z likierem (a jakże...), złotą łyżeczkę z herbem tego mini państwa i monety republiki, jako ciekwostkę numizmatyczną.
Miejskie mury w San Marino
Staś w San Marino
W San Mariono ciągle dzieje się coś ciekawego
W drodze powrotnej do Polski zatrzymaliśmy się na kilka godzin Wenecji, romantycznym mieście, będącym inspiracją całych pokoleń poetów, pisarzy i malarzy (jak choćby Tycjana i Tintorettego). Miasto zbudowane w całości na wodzie na 100 wysepkach laguny, połączone 400 mostami, po którym poruszać się można tylko pieszo lub wodnymi kanałami, od wielu stuleci ulega niszczycielskiej sile wody morskiej i własnych zanieczyszczeń i próbuje z nimi walczyć, zaprzęgając do tego współczesną naukę. Nam starczyło czasu na przejażdżkę wodnym tramwajem po Grand Kanale, otoczonym pałacami w stylu bizantyjskim, renesansowym i barokowym,
Przejażdżka tramwajem wodnym po Grand Kanale była dużą atrakcją
Zabytkowa kamienica wenecka
Grand Kanał
Staś płynie po Grand Kanale
zwiedzenie placu Św. Marka z wszechobecnymi gołębiami i pałacem Dożów (niestety ten XIV wieczny wspaniały budynek w stylu gotyku weneckiego zobaczyliśmy tylko z zewnątrz) oraz podziwianie olśniewającej fasady i mozaikowych wnętrz Bazyliki Św. Marka,
Arkady pałacu Dożów i Bazylika Św. Marka
oraz krótki spacer uliczkami Wenecji,
gdzie mogliśmy obserwować gondole, zabytkowe kamieniczki, zrobić sobie pamiątkowe zdjęcia przed Mostem Westchnień oraz odwiedzić sklepy ze słynnym weneckim kolorowym szkłem i maskami karnawałowymi.
Trzy broszki w kształcie takich cudownych miniaturowych masek kupiłam na prezenty i jedną z nich mam do dziś, gdyż trudno było mi się z nią rozstać, Asia zaś powiększyła swoją kolekcję wachlarzy o jeszcze jeden, tym razem z widokami Wenecji.
Gdy wsiadaliśmy do tramwaju wodnego, aby dostać się z powrotem na ląd do strefy parkingowej, z jednej strony żegnał nas gwarny Plac Św. Marka a z drugiej nostalgiczny, zamglony widok kościoła San Giorgio Maggiore na przeciwległej wyspie.
Za nami Most Westchnień
Nasz krótki pobyt we Włoszech pozwolił zaledwie na zerknięcie jednym okiem na niezliczone wspaniałe zabytki tego podziwianego przez pokolenia artystów i podróżników kraju i lekkie poczucie jego atmosfery, stanowiącej natchnienie dla rzesz poprzednich pokoleń. Aby poznać Włochy lepiej, należałoby spędzić tu kilka lat wzorem naszych dawnych arystokratów czy artystów, jak choćby Ignacego Kraszewskiego, który w zaułkach starych miast i zaciszach kościelnych kaplic spędzał całe godziny, kontemplując i wykonując odręczne, dokumentacyjne grafiki zachwycających go dzieł architektury, malarstwa i rzeźby (nie miał do dyspozycji aparatu fotograficznego, ale własnoręczne rysowanie detali na pewno bardziej zbliżyło go do odwzorowywanych dzieł niż nas dzisiaj cykanie nieograniczonej ilości zdjęć). Ale sądzę, że jak na pobyt na wakacyjnych koloniach i tak dużo zobaczyliśmy. A kiedyś, gdy będę już za stara na dalekie azjatycko - afrykańskie wyprawy, przyjdzie może czas na takie spokojne, refleksyjne spotkanie z wiekowymi zabytkami Włoch i podelektowanie się ich niezrównanym smakiem.
Powrót do strony głównej o podróżach
Odnośnik:
Bazylika św. Piotra w Rzymie jest najwybitniejszym dziełem włoskiej sztuki renesansowej.
Kościół wzniesiono w XVI w. zamiast zrujnowanej bazyliki Konstantyna z IV w., (zbudowanej z kolei w miejscu cyrku cesarza rzymskiego Nerona, który zapoczątkował pogrom chrześcijan) i nad domniemanym grobem św. Piotra.
Wnętrze projektowali najświetniejsi mistrzowie renesansu, a potem baroku: Rafael, Michał Anioł, Bernini. Znajduje się tu słynna Pieta Michała Anioła i jego Sąd Ostateczny, namalowany na plafonie Kaplicy Sykstyńskiej.
Muzeum watykańskie posiada w swych zbiorach dzieła antycznej sztuki greckiej i rzymskiej oraz obrazy Leonarda da Vinci, Rafaela, Tycjana i Caravaggio.
Monumentalny plac św. Piotra z kolumnadą z XVII w. jest dziełem Berniniego.
Zwiedzając bazylikę można udać się na taras kopuły kościoła, skąd jest wspaniały widok na Rzym i cały Watykan z murami i ogrodami.
z powrotem