Moje pierwsze wyjazdy z Warszawy to były wyprawy z prawie całym dobytkiem na wakacje do rodzinnej miejscowości mamy – Przecławia. Podróż pociągiem z parogodzinną przesiadką, licząca około 300 km, trwała wtedy całą noc. Jakże miła była świadomość, że na końcu naszej podróży czeka na nas na stacji kolejowej wujek Kazik z powozem zaprzężonym w konia, aby zawieźć nas do oddalonego 2 km miasteczka i swojskiego domu babci. Tu spędzałam najcudowniejsze wakacje w otoczeniu gromady dzieci, które wtedy umiały się bawić wspaniale i zgodnie, mimo, że zabawek nie mieliśmy prawie wcale. Używaliśmy za to wyobraźni, co w połączeniu z ogólną pasją czytania książek, rozwinęło nas na całe życie.
1956 - ja dwuletnia z mamą i psem Żanetką w Przecławiu
1958 - ja czteroletnia z tatą i mamą w Przecławiu
1956 - z koleżankami na sadzie 1960 - z koleżankami przed zrujnowanym zamkiem Reyów w Przecławiu
1961 - ja i Iwonka z przecławskimi dziećmi na schodach domu moich dziadków, gdzie często się bawiliśmy
Kiedy w latach sześćdziesiątych tata kupił biało – seledynową Syrenkę, podróż do Przecławia była już dużo wygodniejsza, chociaż w dalszym ciągu trwała osiem do dziesięciu godzin.
Tata po prostu jechał z prędkością 50 – 60 km/godz., uważając na szwendające się zwierzęta domowe i nie pilnowane dzieci, nieoświetlone furmanki i pijanych z reguły rowerzystów i robiąc często przystanki, aby odpocząć.
Przez to podróż była męcząca, ale miała nieznany dzisiaj urok: jadło się kanapki w lesie na kocyku, urozmaicając piknik zbieraniem grzybów oraz zwiedzało różne miejscowości po drodze.
Kiedy tylko tata chciał przyspieszyć, mama „czujna jak Hunowie” prosiła go o zwolnienie a gdy to nie skutkowało, stosowała swój popisowy numer.
Odwracała się do mnie i siostry, siedzących na tylnym siedzeniu i wołała „Płaczcie dzieci!”. My oczywiście w ryk, a tata, który normalnie prezentował flegmatyczny wręcz spokój ducha, denerwował się i zwalniał.
Dodam, że w swoim życiu nie spotkałam tak dobrego i zrównoważonego kierowcy, jak mój tata, może jeszcze poza moim mężem. Dziś myślę, że gdybym była wtedy na miejscu taty, to chyba bym mamę rozszarpała. Ale dzięki tym podróżom przez kilkanaście lat jeżdżenia do babci poznałam wiele miast, zamków i pomników południowej Polski (Kraków, Wieliczkę, Sandomierz, Kazimierz Dolny, zamki Jury Krakowsko - Częstochowskiej, Baranowa Sandomierskiego, zamek Krzyżtopór w Ujeździe ect.)
1961 - przed domem dziadków w Przecławiu (z wujkiem Kaziem i siostrą Iwonką, w oknie mama i ciocia Ala)
ja siedmioletnia z mamą na sadzie w Przecławiu
1961 - z mamą w Krakowie (Wawel, Sukiennice); 1972 - na Wawelu z mamą i Iwonką
1964 - z mamą i siostrą Iwonką nad Zalewem Zegrzyńskim
1966 - z rodzicami i siostrą przed pałacem w Wilanowie;
1966 - przed pałacem w Wilanowie
Oprócz corocznego obowiązkowego pobytu na wsi (choć mieszkańcy Przecławia i moja mama mogą się obrazić, gdyż Przecław ma od kilustet lat prawa miejskie, ale dla mnie był to zawsze pobyt na wsi sielskiej - anielskiej :)) jeździliśmy z mamą do Zakopanego do jej koleżanki - cioci Tali. Mając 2,5 lata tuptałam już po Kaltówkach i Jaszczurówce, w wieku 8 lat chodziłam do Morskiego Oka, Doliny Białego, Olczyskiej, Strążyskiej i Kościeliskiej.
W Zakopanym właśnie doznałam pierwszej kontuzji, gdy miałam 2,5 roku - wyrwałam się tacie na oblodzonej zakopiańskiej
ulicy i wyskoczyłam na drogę a tata pociągnął mnie mocno na pobocze i ... złamał mi rękę. Podobno wzbudziłam sensację wśród połamanych narciarzy w zasłużonym zakopiańskim szpitalu ...
1956 - z mamą i tatą w Zakopanym w wieku 2,5 lat
1956 - z mamą na Kalatówkach i koło Krokwi
1956 - z mamą przy Sabale i kościółku na Jaszczurówce
1962 - z mamą, siostrą, ciocią Talą i jej córką Dorotką w Dolinie Kościeliskiej
1962 - zabawa w potoku
1962 - z mamą, ciocia Talą i Dorotą w Dolinie Kościeliskiej; oraz siostrą i misiem na Krupówkach;
Gdy miałam 7 lat rodzice wywieźli zimą mnie i trzyletnią Iwonkę na 3 tygodnie do Bukowiny. Zamieszkaliśmy w góralskiej, drewnianej chacie, w której gaździna raz dziennie paliła w piecu. Ponieważ panowały dwudziestostopniowe mrozy chodziłyśmy na spacery do pobliskiego zagajnika zbierać świerkowe szyszki, które mama dorzucała po powrocie do pieca.
Tata wyjeżdżał na całe dnie na narty na Kasprowy Wierch a my spędzałyśmy dnie na spacerach.
Podziwiałyśmy pięknie pomalowane przez mróz wewnętrzne szyby chaty a pościel ogrzewałyśmy butelkami z gorącą wodą, które kładło się w nogach.
Za to sanna prawdziwymi saniami, osłoniętymi futrem była wspaniałym przeżyciem.
 
Podobno, jak wspomina dziś moja mama, pod nieobecność taty - zapalonego narciarza, asystował stale mamie, adorujący ją nastoleni syn gaździny i ta nie mogła się nadziwić:
"A dyć, jak on się w pani zakochał, taki smarkacz". Mama moja była po prostu piękna...
W Bukowinie uczyłam się jeździć na nartach.
I to było też powodem dużych emocji, kiedy prosto z oślej łączki postanowiłam zjechać do naszej chaty drogą. Droga ogrodzona była wielkimi wałami ze śniegu, takimi na metr (drzewiej to bywały zimy, mocium panie!) a ja nie umiałam jeszcze skręcać i zatrzymywać się. I tak zjeżdżałam po pochyłej drodze z lekka płużąc aż zatrzymałam się pod nogami końskimi, siadając na pupę, gdyż inaczej nie potrafiłam.
Do dziś pamiętam ten brzuch koński zawieszony nade mną. Na szczęście konie ciągnęły ciężkie sanie i nie miały ochoty brykać. Za to gazda nie był już taki łagodny dla mamy, gdy ta nadbiegła, ciągnąc za sobą sanki z moją siostrą. To, co wówczas góral powiedział ceprowej "babie", łaskawie zatarło się w mojej pamięci...
Chociaż, według najnowszych wspomnień mojej blisko 90-cioletniej obecnie mamy, osobą opowiedzialną za ten wypadek był mój tata, gdyż stało się to wtedy, gdy tata jeden jedyny raz wyszedł na spacer ze mną (na nartach) i Iwonką (na saneczkach).
A miejscem zdarzenia był główna droga z Jaszczurówki do Zakopanego.
W każdym razie, być może to na skutek tego wydarzenia, zdecydowanie bardziej wolę chodzić po górach, niż jeździć na nartach - tak naprawdę nigdy tej sztuki nie opanowałam należycie, mimo późniejszych wieloletnich starań mojej córki, aby mnie tego nauczyć.
1962 - na Bukowinie
1962 - na Bukowinie
1962 - wycieczka do Morskiego Oka (sądząc z tych zdjęć musiał wtedy rzeczywiście być z nami tata)
1962 - na Bukowinie
Dzięki posiadaniu samochodu mogliśmy urozmaicać sobie pobyty w Przecławiu wypadami turystycznymi w różne rejony południowej Polski, zabierając na nie również siostrę mamy, ciocię Alę. I tak udało nam się w 1966 r. zwiedzić Bieszczady ( z Leżajskiem, uzdrowiskiem Iwonicz Zdrój, zamkiem w Krasiczynie i pałacem w Łańcucie) a jazda po bieszczadzkich serpentynach umożliwiła nam podziwianie rozległych widoków. W tym też celu weszliśmy na jakąś górkę i przeżyliśmy nerwowe chwile, gdy tata myślał, słysząc zapuszczany silnik na szosie u podnóża góry, że kradną nam samochód. Takim sprintem nie zbiegałam z góry już nigdy później, choć do dziś nie wiem, jak tata chciał gonić tych złodziei. Na piechotę? Na szczęście nasza Syrenka grzecznie na nas czekała na miejscu.
1966 - Bieszczady - na obwodnicy bieszczadzkiej, przy skałach w Lesku i nad Soliną
1966 - Bieszczady - w Iwoniczu Zdroju z ciocią Alą, Iwonką i rodzicami
Gdy miałam 15 lat tata kupił nowy samochód, biało – czarnego Wartburga i tym samochodem objechaliśmy w 1969 r. Pieniny. Zwiedziliśmy Krościenko i Szczawnicę, zaporę wodną w Rożnowie i zamki w Niedzicy i Czorsztynie (gdzie wielkie wrażenie zrobiły na mnie zarówno malownicze widoki na góry i zalew, jak i średniowieczny zamek z lochem, gdzie podobno więziono Janosika; a w ruinach czorsztyńskiego zamku skakałam po murach, jak kozica, budząc zaniepokojenie mamy i niezadowolenie przewodnika). Udało nam się też podjechać właśnie budowaną drogą wzdłuż Dunajca aż do stóp Trzech Koron. Tam obejrzeliśmy jaskinię Janosika nad spienionym nurtem Dunajca i jego rzeźbę wyciosaną w jednym kawałku drewna. Pamiętam wspaniałe uczucie, kiedy udało mi się wspiąć po żlebie wyschniętego strumienia na stromą skałę. Okruchy wapieni osuwające mi się spod stóp wywołały u mnie podekscytowanie i chęć osiągnięcia celu większą niż obawa, że spadnę i doszłam wtedy do wniosku, że, jak potem napisałam nieskromnie w pamiętniku, "mam szczególny talent do wspinania się po górach" :)
1969 - w Niedzicy
1969 - w Pieninach
1969 - Pieniny - przy rzeźbie Janosika na tle Trzech Koronach
Rok później objechaliśmy Beskid Sądecki, poznając Stary Sącz, Żegiestów, Piwniczną i Krynicę. Niestety, jedyną górą, którą zdobyliśmy, była krynicka Góra Parkowa a i tak wjechaliśmy na nią kolejką linową. Za to delektowaliśmy się wodami mineralnymi, pięknymi klombami oraz elegancją Domu Zdrojowego i snujących się po deptaku kuracjuszy.
1970 - Beskid Sądecki - na drodze do Żegiestowa z ciocią Alą, Iwonką i mamą
1970 - Beskid Sądecki - w uzdrowisku Krynica
Bardzo mile wspominam wycieczkę klasową w czasach licealnych. W drugiej klasie pojechaliśmy do Zwardonia w Beskidzie Śląskim. Wycieczka ta miała smutne momenty, gdyż jedna z moich koleżanek, Ela, cały tydzień spędziła w szpitalu w Bielsko - Białej, mając problemy z sercem. Ale góry i okoliczne wsie były tak urocze, wycieczki niezbyt męczące a towarzystwo klasowe bardzo miłe... W Zwardoniu mieszkaliśmy niedaleko granicy w starym pensjonacie, do którego prowadziło strome podejście. Jeden z naszych spacerów zakończył się spotkaniem z wopistami, którzy, zauważywszy jedną z naszych koleżanek odpoczywającą za słupkiem granicznym (zaledwie 20 kroków po słowackiej stronie), zaaresztowali ją i zabrali do strażnicy (!). Oburzone i zdenerwowane pobiegłyśmy do naszej nauczycielki a ta wydostała dziewczynę z opresji.
Myślę, że dzięki tym wczesnym wyjazdom pokochałam góry tak bardzo, że teraz nie wyobrażam sobie wakacji bez odwiedzenia ich.
Natomiast morze poznałam dopiero w wieku 15 lat. Pamiętam, że zrobiło na mnie duże wrażenie, bo tata pokazał go nam z najbardziej atrakcyjnego miejsca, tzn. sali Grand Hotelu w Sopocie, skąd miało piękną błękitną barwę. Ale nie zapałałam do niego tak mocnym uczuciem jak do gór.
Po drodze nad morze oczywiście zwiedzaliśmy: pola Grunwaldu z makietą bitwy i muzeum, krzyżacki zamek w Malborku, Trójmiasto oraz słynny polski okręt Batory, który akurat wówczas zakończył swoje rejsy i zakotwiczył na stałe w porcie w Gdyni jako eksponat.
Najbardziej poruszył moją wyobraźnię olbrzymi zamek w Malborku i to zamiłowanie do penetrowania średniowiecznych, tajemniczych zamków pozostało mi też do dziś.
Zatrzymaliśmy się też na chwilę na skraju Półwyspu Helskiego, gdzie po jednej stronie lasku rozciągały się spokojne wody zatoki a po drugiej szumiało otwarte morze, zalewając grzywami fal nadmorski piasek.
Nad morzem wynajęliśmy kwaterę na wsi w chałupie bez elektryczności, ale za to tanią. Wracałyśmy częściowo statkiem wycieczkowym (z Helu do Gdyni - to wtedy zwiedziłam Batorego sama, gdyż mamie udało się odkupić od kogoś tylko jeden bilet) a stamtąd do Warszawy pociągiem.
1969 - przed zamkiem krzyżackim w Malborku; przed fontanną Neptuna i dworem Artusa w Gdańsku;    plażowanie nad morzem
W 1971 roku poznawaliśmy z kolei Mazury, w tym Mikołajki i Giżycko oraz kwaterę główną Hitlera w Gierłoży, ale poza odkryciem niezaprzeczalnego piękna tych terenów i bogactwa wyposażenia barokowej perły - kościoła w Św. Lipce - niewiele pozostało w mojej pamięci.
1971 - na tle kościoła w Św. Lipce
i 1971 - z mamą nad jeziorem Dargin
1970 - ja (16 lat) z Iwonką na podwórku w Przecławiu
i 1972 - na sadzie (Iwona - 14 lat, ja - 18)
W 1972 wyjechaliśmy Wartburgiem na naszą pierwszą wycieczkę zagraniczną do NRD.
Zwiedzaliśmy wtedy południowo- wschodnią część Niemiec. Bardzo podobały mi się pałace z czasów dynastii saskiej:
drezdeński Pilnitz - pałacyk ten kazał wybudować August Mocny dla hrabiny Cosel;
słynna drezdeńska Galeria Malarska Starych Mistrzów - Zwinger, we wspaniałym pałacu, również wzniesionym przez Augusta Mocnego
i odbudowanym po zniszczeniach spowodowanych alianckimi nalotami bombowymi pod koniec II wojny światowej;
zamek myśliwski Moritzburg;
niezwykle malowniczy zespół pałacowo - parkowy Sans Soucci w Poczdamie;
średniowieczny zamek Wartburg w Eisenach (musieliśmy zwiedzić rodzinne miasto naszego samochodu);
oraz arcydzieło niemieckiego gotyku - XV-wieczny zamek w Miśni ze wspaniałymi sklepieniami gwiaździstymi i kryształowymi i z muzeum porcelany miśnieńskiej, którą tata bardzo się interesował.
Ale najbardziej zapadła mi w pamięci wycieczka po Saskiej Szwajcarii, gdzie wędrowało się po drewnianych kładkach, przerzuconych nad bazaltowym, skalnym miastem.
Podróż została dodatkowo urozmaicona zapaleniem się hamulców samochodowych na górskich serpentynach, ale na szczęście tata zjechał na dół hamując silnikiem i hamulcem ręcznym.
Po drodze, jadąc przez Dolny Śląsk, zwiedziliśmy XIV-wieczny zamek książąt świdnicko - jaworskich Chojnik, położony bardzo malowniczo na stromym wzgórzu niedaleko Jeleniej Góry
i ruiny XIII - wiecznego zamku książąt legnickich w Bolkowie.
Nocowaliśmy na campingach w nowiutkim pomarańczowym namiocie, który rodzice kupili specjalnie na ten cel, co dodatkowo podniosło w moich i siostry oczach atrakcyjność wyprawy.
1972 - na wieży w Budziszynie (ja - 18 lat, Iwona - 14)
1972 - przed pałacem w Pilnitz z mamą i Iwonką
1972 - tata przed pałacem w Pilnitz; oraz jego kobiety przed pałacem Zwinger w Dreźnie
1972 - moi rodzice przed pałacem Zwinger w Dreźnie
1972 - przed pałacem Zwinger w Dreźnie
1972 - przed zamkiem Moritzburg; oraz w parku Sans Soucci w Poczdamie
1972 - w Bastei w Saskiej Szwajcarii
1972 - w Bastei w Saskiej Szwajcarii
1972 - widok na przełom Łaby w Bastei
1972 - widok na przełom Łaby w Bastei
1972 - przed gotycką katedrą i renesansową wieżą schodową zamku w Miśni; oraz tata na tle zamku w Bolkowie
Dwa lata później, będąc już na studiach, zwiedziłam z tatą Berlin oraz Wielkopolskę z Poznaniem, Gnieznem i wspaniałymi zamkami w Rogalinie i Kórniku. W Berlinie zwiedziliśmy Muzeum Pergamońskie ze wspaniałymi zbiorami sztuki antycznej i zrekonstruowanym Ołtarzem Pergamońskim, nowoczesne centrum oraz Bramę Brandenburską - tata wspominał, jak to w maju 1945 r. po zdobyciu Berlina wisiała tu polska flaga. Odpczęliśmy w obrotowej restauracji na szczycie wieży telewizyjnej, gdzie przez godzinę można poobserwować 360 - stopniową panoramę Berlina - z tej wysokości świetnie widać było Mur Berliński i niedostępny nam wówczas Belin Zachodni.
W zamku w Rogalinie, który jest gniazdem rodowym byłego Prezydenta Polski na uchodźstwie Edwarda Raczyńskiego, podziwialiśmy dzieła światowego malarstwa oraz obrazy czołowych mistrzów polskich. Jednak najbardziej zapadł mi w pamięć neogotycki zamek w Kórniku o nietypowej architekturze i pięknej Sali Mauretańskiej, należący przed wojną do Władysława Zamoyskiego, który był również właścicielem dóbr zakopiańskich.
Na tę wycieczkę wyruszyliśmy już nowym samochodem, który był spełnieniem taty marzeń. Duży Ford Taunus w pięknym koralowym odcieniu był pojazdem bardzo wygodnym i bezpiecznym i tata bardzo na niego chuchał (również ze względu na problemy z nabyciem części zapasowych).
1975 - w Berlinie na Aleksanderplatz
1975 - w Berlinie (w wieku 21 lat)
1975 - w Berlinie (w wieku 21 lat)
1975 - pod Bramą Branderburską
1975 - przed frontem pałacu w Rogalinie
1975 - z tatą w Rogalinie (fasada ogrodowa)
1975 - na tle zamku w Kórniku - (fasada frontowa i ogrodowa)
1975 - z boku zamku w Kórniku i przed regionalną karczmą po drodze
Tym sposobem już w dzieciństwie poznałam spory kawałek Polski a gdy stałam się dorosła, zaczęłam zapuszczać się także poza nią.
Powrót do strony głównej o podróżach