logo

Tunezja - Sahara, Tozeur, Nefta

na wyprawie pustynnej




     Następnego dnia skoro świt wybieramy się w piątkę z Krzysiami i Azizem na rajd dżipem po Saharze. Jedziemy w kierunku różowiejących w promieniach wschodzącego słońca gór przez półpustynny obszar do małej oazy Chebiki, w której oglądamy głęboki, wąski wąwóz z sączącą się na dnie strużką wody. Wystarczy to, aby wzdłuż kanionu wyrosły palmy daktylowe, krzaki żarnowca i nawet kwitły małe niebieskie kwiatki o mięsistych liściach.

Tunezja - wąwóż na Saharze  kanion CHebki
Kanion w oazie Chebiki na Saharze

oaza Chebiki
Oaza Chebiki

Oczywiście, ze względu na turystów, obok w oazie pojawiły się stragany z pamiątkami, w których na pierwszy plan wysuwają się róże pustyni, niektóre pokaźnych rozmiarów.

pustynny kwiat  pamiątki  foto - róże pustyni
Pustynne kwiatki, stragany i róże pustyni

Kawałek dalej oglądamy ten sam wąwóz dużo już szerszy z wodospadem i porośniętym sitowiem jeziorkiem, w którym odbijają się skały.

Wąwóz Chebiki  Małe jeziorko

Pionowe ściany kanionu ciekawie ukazują wielokolorowe warstwy skalne o różnym stopniu odporności na wietrzenie.

wodospad na Saharze  Sahara - erozja skalna  foto - wodospad na pustyni
I pomyśleć, że taki mały potoczek wyrzeźbił ten głęboki wawóz

Nad kanionem znowu spotykamy stoiska z pamiątkami a nudzący się sprzedawcy szybko rozpoznają naszą narodowość i zachęcają do kupna po polsku. Podobno Tunezyjczycy są poliglotami i faktycznie nie tylko mówią po polsku całkiem poprawnie, ale też popisują się wierszykami w rodzaju „Dobra, dobra, zupa z bobra” czy „Najwięcej witaminy mają polskie dziewczyny”. Rozbawia nas to a ja postanawiam kupić daktyle i pamiątkę dla córki – lepionego z gliny wielbłąda. Asia lubi nieglazurowane wyroby ceramiczne.

na przełęczy Po przekroczeniu samochodem przełęczy, skąd robimy z góry zdjęcia pustyni z wielkimi oazami i oglądamy ciekawe przekroje skał, ukazujące różnorodne kierunki fałdowań górotwórczych, dostajemy się do kolejnego miejsca postoju w górach.

płaskowyż

foto - załoga dżip safari Robimy sobie tutaj zdjęcie z Azizem na pamiątkę a później wyruszamy na piechotę w górę, mając coraz piękniejsze widoki na Saharę i oazę Tamerzy, do której zdążamy.

oaza na Saharze

Po drodze napotykamy przylepione do stoku domki, w których podobno już kilka tysięcy lat temu mieszkali ludzie.

osada Tamerzy
Pięknie położona górska część oazy Tamerzy

ruiny  w czasie wycieczki
Tu podobno mieszkali prehistoryczni ludzie

Zaczepiają nas kolejni sprzedawcy minerałów. Oprócz wszechobecnych tu róż pustyni mają też geody z fluorytami. Chętnie kupiłabym je do naszej domowej kolekcji (mamy w ogródku fluoryty znalezione przez nas na wysypisku zbędnego urobku kopalni w Kletnie – cały czas zastanawiam się, jak mocno promieniują, jako że są skałą towarzyszącą uranowi), lecz na lotnisku w Warszawie przestrzegano nas przed przewożeniem różnych eksponatów dóbr natury. Za to kupuję zupełnie mi niepotrzebne koraliki z modeliny (chociaż obecnie takie są modne) od strasznie zabiedzonego i zaropiałego dziecka - po prostu z litości. Idziemy wyżej i przyglądamy się fakturze skał – są typowym zlepieńcem osadowym – bardzo porowate, z widocznymi muszlami i innym organicznymi resztkami skorupiaków żyjących niegdyś w morzu, które zalewało te tereny. Dlatego łatwo wietrzeją i tworzą ciekawe formy. Zbaczamy trochę ze ścieżki, aby obejrzeć widoki z drugiej strony gór, ale Aziz mocno protestuje – w ogóle mamy wrażenie, że pilnuje nas. W świetle późniejszych wydarzeń, które miały miejsce w Tunezji, wydaje się, że może został na to uczulony przez swoich szefów. Ale my czujemy się tu bezpiecznie.

Tunezja - Sahara
W dole Sahara i najbliższa oaza

foto skały    formy skalne na pustyni
Zlepieńce i formy skalne

W końcu dochodzimy do wysoko położonej oazy nad ślicznym zielonym jeziorkiem, w którym zażywają kąpieli afrykańskie żaby.

foto -zielone jezioro
Takie śliczne jezioro na Saharze jest cudem natury

jezioro na Saharze      saharyjska żabka
W niebieskiej wodzie mieszkają zielone żaby

Z jeziora spływa wyrzeźbionym przez siebie wąwozem strumień, wzdłuż którego wędrujemy z powrotem, spotykając wodospad i kolejne jeziorko, w którym żaby dają akurat koncert godowy. Skały mają kolor brunatno-czerwony, przechodzący w barwę ochry, ale są też olśniewająco białe dolomity. Można by pomyśleć, że to góry jakich widzieliśmy wiele, gdyby nie rosnące wzdłuż potoku palmy, które przypominają nam w jakim egzotycznym miejscu jesteśmy.

woda na Saharze  pomarańczowe skały  białe skały
Wąwóz był naprawdę bardzo ładny o zróżnicowanym kolorycie skał

Po opuszczeniu górskiej oazy jedziemy naszym 6 – cio osobowym dżipem w głąb Sahary - jeszcze kawałek zapiaszczoną szosą przez tereny półpustynne, mijając stadko wielbłądów a później zjeżdżamy z szosy na pustynię i zaczyna się jazda po bezdrożach.

dżip safari  wielbłądy
Zjeżdżamy z szosy w głąb Sahary, mijając wielbłądy

na pustyni Wkrótce nie widać już gór, trakcji energetycznej, ani żadnych innych punktów orientacyjnych, nikną też resztki roślinności. Jedziemy wśród małych, nieregularnych pagórków z piaskowca, (których nie można jeszcze nazwać wydmami), po widocznych w piasku mniej lub bardziej wyraźnie śladach innych samochodów. Raz przebiega nam drogę jakieś zwierzę wielkości psa, nasz przewodnik twierdzi, że to hiena. Na szczęście siedzę z tyłu i nie patrzę na prędkościomierz, bo podobno gnaliśmy po tym piachu z prędkością 140 km/godz. No i z tą prędkością zabawiamy się jak w Wesołym Miasteczku. Nasz kierowca co chwila zjeżdża z trasy, podjeżdża po jakąś górkę, staje nad krawędzią spadku z drugiej strony pagórka, (abyśmy mogli podelektować się widokami lub przestraszyć tego, co nas czeka - niepotrzebne skreślić) i nagle… wiooo – spadamy w dół po kątem 40 – 60 stopni przy akompaniamencie moich okrzyków. Bardzo to bawi wszystkich (włącznie ze mną), więc kierowca wymyśla kolejne atrakcje. Tylko Aziz upewnia się co jakiś czas, czy wszystko w porządku – dba Aziz o swoje małe stadko kurczątek. Na pewnym odcinku kierowca funduje nam swoisty rollercoaster: podjeżdżamy pod górkę raz lewymi kołami, a raz w prawymi, robiąc swoisty slalom i przechylając się o jakieś 40 stopni na bok…

dżip safari po Saharze  wycieczka na Saharę
Po tych wzgórkach jeździliśmy jak w Wesołym Miasteczku

fotamorgana



   Kiedy dojeżdżamy w okolice słonego jeziora robimy krótki postój na zdjęcia. W słońcu wydaje się, że na horyzoncie jest woda, ale to tylko sól. Świetnie to widać w trakcie szybkiej jazdy, gdy horyzont przesuwa się, a z nim miraż wody. W każdym razie złudzenie jest tak dobre, że nie dziwię się zmęczonym pragnieniem pustynnym wędrowcom, którzy dawali się nabrać fatamorganie.

Staś na Saharze
Staś na szczycie zwietrzałego kawałka piaskowca, za nim błyszczą słone miraże

foto - błyszcząca solą  ja na pustyni
Błyszcząca solą Sahara

widok z pagórka Wspinamy się na pagórek, skąd jest ładny widok na słone jezioro i stojące wiaty, gdzie można zaspokoić pragnienie. Przy wiatach spotykamy chudego psa, skaczącego na trzech nogach. Sprzedający herbatę chłopcy mówią, że piesek stracił nogę pod samochodem. To smutne – ten pies zagubiony na pustyni jest skazany na dobrą wolę chłopców: czy przywiozą mu jakieś jedzenie i dadzą wodę, czy o nim zapomną. Sam przecież nic tu nie upoluje, wody też nie znajdzie a do najbliższej oazy jest stąd kilkadziesiąt kilometrów.

zdjęcie -solne mirże

Jedziemy dalej i w końcu pojawia się prawdziwy erg, taki jaki znamy ze zdjęć Sahary.

piaszczysta wydma  Tunezja -plener filmowy
Pierwsza piaszczysta wydma i plener z "Gwiezdnych wojen"

plener







     Wjeżdżamy na wydmę po łagodniejszej ( nawietrznej) stronie i na jej szczycie otwiera się przed nami kapitalny widok: wioska zamknięta w koło z kopulastymi domkami, jak babki ulepione z piasku. To plener filmowy pozostawiony przez Lucasa po nakręceniu „Gwiezdnych wojen”. Gdy podziwiamy widok, od strony wioski wbiega pod górę po osypującym się piachu Arab z koralikami do sprzedania. Jesteśmy tak pod wrażeniem jego determinacji, że kupuję 3 sznurki dla córki i synowej. A potem… zsuwamy się dżipem ze stromej i wysokiej wydmy, oczywiście znowu przy moim akompaniamencie ...










Tunezja -dżip safari ja turystka  w dół po wydmie
Eksploruję pustynię :)

Z bliska widać, że wioska jest tylko wielką filmową dekoracją, gdzieniegdzie tektura i plastik udają metal, ale i tak jest utrwalony tu specyficzny klimat – przecież wiemy, że jesteśmy na planie filmowym, a nie w zabytkowych domkach.

Tatooine



   George Lucas szukał miejsca, gdzie mógłby zbudować rodzinną wioskę Anakina i Luka Skywalkera na gorącej planecie Tatooine, tak, aby można było też filmować ją z góry w ujęciu panoramicznym - potrzebował więc typowej pustyni piaszczystej. I tu ją znalazł, kilkadziesiąt kilometrów od Nefty. Zbudowano więc szosę dojazdową przez pustynię do planu filmowego oraz pas startowy dla samolotów, a ekipa filmowa stacjonowała w oazie – mnóstwo mieszkańców Nefty i Tozeur miało dzięki temu przedsięwzięciu pracę. Ja jako fanka „Gwiezdnych wojen” wędrowałam po wiosce z prawdziwą frajdą, ale mój mąż szybko schronił się do samochodu, ze względu na spore, niestety, natręctwo obnośnych sprzedawców pamiątek.

 na planecie Tatooine
Gorąca planeta Tatooine

dom na planecie Tatooine ja -bohaterka ulubionego filmu  dom na planecie Tatooine
Na planie filmowym „Gwiezdnych wojen”

 Arab  Dom Luka Skywalkera
Dom rodzinny Luka Skywalkera

Opuszczamy plan filmowy i pustynię, jadąc drogą, zbudowaną na potrzeby filmu. Jesteśmy już bardzo blisko granicy z Algierią i kierujemy się w stronę oazy Nefta.





   Przepuszczamy po drodze wielkie stado wielbłądów, składające się głównie z samic i dzieci. Samiec jest w takim stadzie tylko jeden i, jak podkreśla to uśmiechnięty znacząco Aziz, wystarcza mu kilkadziesiąt żon. Małe wielbłądki są białe, nabierają właściwego koloru dopiero jako dorosłe. Wszystkie wielbłądy są znakowane, ale snują się po pustyni samopas, jak od zarania dziejów. Są mniejsze od tych, które widzieliśmy w Jordanii i na Synaju, jednogarbne, ale widok kilkudziesięciu wielbłądów, majestatycznie kroczących bez ograniczeń po bezkresnej pustyni jest niesamowity.

Wielbłądy  Małe z mamą

Tunezja -stado  Wielbłądy przechodzą przez drogę

Popołudnie spędzamy na zwiedzaniu kilku obiektów w Tozeur:

punktor muzeum etnograficznego, gdzie znowu możemy podziwiać finezyjne sztukaterie mauretańskich krużganków, ściany i sufity ozdobione arabskimi mozaikami oraz bogato inkrustowane meble i sprzęty domowe;

muzeum w Tozuer  arabeski  foto- portal okienny
W muzeum podziwiamy arabskie zdobnictwo

w arabskiej kuchni  krużganek
a fantazyjnie przekrzywiony krużganek patio jest już naszym dziełem ;)

punktor   pola golfowego, ozdobionego rzeźbami wykonanymi w piaskowcu;

Tunezja - rzeźba piaskowa

punktor   i ogrodu botanicznego i zoologicznego – obydwa nieduże, ale podstawowych przedstawicieli saharyjskiej flory i fauny można sobie w nich obejrzeć.

ZOO w Tozuer

eukaliptus    Przed wejściem do ogrodu botanicznego rośnie olbrzymi eukaliptus, w środku kwitną bananowce, migdałowce i inne rośliny tropikalne

kwiatek  foto - kwiatek

Ogród zoologiczny składa się z kilku klatek, w których są wielbłądy, hieny, fenki, antylopy oraz lew leżący blisko kraty i patrzący na nas nieprzyjaźnie. Wzrok ma zupełnie jak mój kot, również postawa i mowa całego ciała – jakbym widziała zdenerwowanego Łobuza. Przemawiam do niego uspokajająco, jak do mojego domowego kotka a jemu oczy łagodnieją, uszy stają czujnie, ogon też się uspokaja – wyraźnie nawiązaliśmy kontakt. Żałuję, że to niezależne zwierzę musi być w niewoli.

antylopy

hiena  paw
Hiena nerwowo spaceruje wzdłuż ogrodzenia klatki a po całym terenie włóczą się pawie, bardzo chętnie prezentujące swe piękne ogony.

Zoo - wielbłąd karmiony coco-colą

   Dołącza do nas pracownik ZOO, który za wszelką cenę chce nas zabawić. Daje wielbłądowi butelkę z resztką coca coli, a ten bierze ją do pyska i wypija. Nie sądzę, żeby taka dieta pomogła wielbłądowi długo pożyć w ZOO.
Potem pracownik wynosi z terrarium i pokazuje nam węże, w tym żmiję pustynną. Kiedy rzuca ją na ziemię, nakazując nam się uprzednio odsunąć, odskakujemy jeszcze dalej. Później wynosi nam w pudełku skorpiona i trzymając fachowo naciska jego ogonem o brzeg pudełka, powodując wytryśnięcie jadu. Prezentuje nam też salamandry tak zrośnięte ze sobą, że trudno je oddzielić. Na koniec prosi o ustawienie się pod oknem terrarium, mówiąc, że pokaże kobrę. I nagle wyrzuca przez okno prosto pod nasze nogi coś czarnego. Odruchowo cofamy się z krzykiem, aby rozpoznać, że dowcipniś wyrzucił dętkę rowerową. Uśmiał się z nas zdrowo, a my mogliśmy porównywać różnicę w standardach pokazywania i traktowania zwierząt w Afryce i w Europie.




buzi
Wielbłąd chyba lubi swego opiekuna, który czestuje go cola - colą

żmija    salamandry
Pustynna żmija i salamandry w miłosnym uścisku

Na zakończenie tego obfitującego we wrażenia dnia jedziemy do Nefty, ostatniej oazy przed granicą algierską. Tam czekają już na nas powozy zaprzężone w konie, które zawożą nas na plantację daktylową.

gale palmowe



   Jedziemy wzdłuż wysokich płotów z liści palmowych, z lewej i prawej rozciągają się wielkie gaje palmowe. Gaje należą do prywatnych plantatorów i dostarczają roboty wielu ludziom. Po to, aby urosły dobre daktyle należy w odpowiednim czasie ręcznie zapylić każdy kwiat żeński pyłkiem z kwiatu męskiego. Ponieważ nie robią tego ptaki ani owady, muszą robić to ludzie, wspinając się wysoko aż do koron plamy!
Przystanek w jednym z gajów zamienia się w degustację wyrobów z palmy daktylowej – palenie skręta z liści palmowych (całkiem przyjemny, „fajkowy” zapach), próbowanie daktylowego alkoholu (niezbyt mi smakował) i oczywiście degustacja świeżych daktyli, zerwanych prosto z drzewa – nie umywają się do nich te, które kupuje się u nas w sklepie. Zgodnie zakupujemy wszyscy oferowane nam daktyle i wracamy z powrotem powozami.




Tunezja - gaj palmowy  palma  foto -marabut

Teraz koniki mają pod górkę i ledwo mogą się wyrobić. Są wychudzone i najchętniej zrezygnowałabym z tej przejażdżki, aby się nie męczyły.

wycieczka w Tozuer W końcu koń jadący przed nami i wiozący czteroosobową rodzinę zatrzymuje się i ślizgając na bruku nie może ruszyć dalej. Nasz zahacza o przedni powóz, a my z ulgą wyskakujemy. Konie pokonują najbardziej stromy i śliski kawałek same. Wchodzę znowu do powozu tylko ze względu na Aziza, który usilnie nas do tego namawia. Woźnica też jest jakby zaniepokojony – myślę, że chyba obawia się, czy mu zapłacimy. Aziz pytany, czemu te konie są takie chude, odpowiada: „A co oni zarobią – Kilka dinarów dziennie”. W mózgu rozlega mi się dzwonek alarmowy – przecież my Azizowi płacimy za tę przejażdżkę po 5 dolarów, to na jednego woźnicę przypada tylko za nasz przejazd 20 dolarów. Dzielę się swoimi wątpliwościami z mężem i Krzyśkiem. Chyba nasz przewodnik znowu coś kręci… Po zajechaniu przed nasz hotel, dyskretnie, tak, aby Aziz nie widział, wręczam woźnicy dodatkowe 10 dinarów, mówiąc, że to dla niego i dla konia. Kiwa mi porozumiewawczo głową i szybko chowa pieniądze. Kiedy już odchodzę i na chwilę spoglądam do tyłu, on jeszcze patrzy na mnie i znów ledwo dostrzegalnie kiwa głową. Czasami można porozumieć się bez słów…

wycieczka na Saharę Dzień V - Sahara, El Faouar

Powrót do strony głównej o Tunezji

mail

14806