logo

Maroko - 2010

Dzień 3 - Droga 1000 kazb

Następnego dnia kontynuowaliśmy jazdę przez Góry, Które Piją Wodę w kierunku Sahary, przejeżdżając przez wioski szafranowe.

Góry które piją wodę

Zatrzymaliśmy się na chwilę w sklepiku z szafranem. Szafran sprzedawany jest tu na wagę w postaci czerwonych pręcików a nie złotego proszku, który znamy z naszych sklepów i arabskich bazarów. Właściciel poczęstował nas herbatą szafranową, która ma właściwości rozgrzewające. Przygotowuje się ją w specyficzny sposób: parzy się zieloną herbatę na esencję, potem wylewa wodę i pozostałe zielsko zalewa znowu wrzątkiem, stawia na kuchni, słodzi i doprowadza do wrzenia, a tuż przed nim dodaje się trochę szafranu. Płyn nalewa się do szklanek tak, jak robią to Arabowie, kilkakrotnie podnosząc i opuszczając imbryczek, by powstała pianka. Taka herbata serwowana jest każdemu gościowi i nie wolno odmówić jej wypicia, można też poprosić o dokładkę.
Właściciel pochwalił się albumem ze zdjęciami swoich klientów i z chęcią pozował nam też do zdjęcia. Nawet zaprezentował nam pocztówkę z Pałacem Kultury. Wzięłam od niego adres, by przesłać mu zdjęcie i jakieś inne pocztówki z Warszawy.

W sklepie z szafranem

Sprzedawca szafranu     Na wadze

Na podwórku mogliśmy zobaczyć owoce migdałów na drzewie a z dachu budynku roztaczał się szeroki widok na wioskę i okalające ją góry.

Maroko - Drzewko migdałowe     Migdały

Kot     Kot 2

W wiosce berberyjskiej

Później wjechaliśmy w Góry, Które Nie Piją Wody. To pasmo stanowi bezpośrednią granicę terenów pustynnych i jest tu gorąco i mało gościnnie. Pasmo stanowi też barierą przed przedzieraniem się suchych, upalnych wiatrów znad Sahary nad północną część Maroka. Góry te, z wyglądu surowe, mocno zerodowane przez wiatry, układające się zrębowo, zawierają bardzo bogate pokłady surowców mineralnych jak złoto, srebro oraz marmury. Znaleźć tu można też skamieliny i meteoryty. Uważać jednak trzeba na nielicznych mieszkańców tych ziem w postaci żmij i skorpionów. Z milszych zwierząt mieszkają tu gekony, fenek a nawet wiewiórki.

Góry, Które Nie Piją Wody
Góry, Które Nie Piją Wody

Marokańskie góry

Staś w górach     ja

Maroko - Góry, Które Nie Piją Wody

My zatrzymaliśmy się na chwilę na punkcie widokowym, z którego można było zobaczyć kopalnię złota, kobaltu i niklu.

Widok na kopalnie

foto - Kopalnia

W kopalni

Po przejechaniu gór pojawiła się przed nami dolina rzeczna z oazami i tropikalną roślinnością. Razem z roślinami pojawiły się też stada kóz.

Już znowu palmy      Osiołki

Marokański widoczek

Stado kóz     foto - kozy

W okolicy miasta Agdz wjeżdża się do doliny rzeki Draa, bardzo malowniczej, zwanej drogą 1000 kazb. Ziemie tu są bardzo żyzne, nawadniane przez wody rzeki, toteż wzdłuż jej brzegów rozsiadły się oazy, rozrosły palmy daktylowe i tamaryszki (z którego wyrabia się meble i konstrukcję stropową okolicznych domów). W cieniu tych palm rozlokowały się liczne wioski z glinianymi kazbami.
Widoki za oknem zmieniają się więc - surowe, puste góry ustępują miejsca porośniętym tamaryszkami pagórkom i dolinie ze wspaniale zielonymi gajami palmowymi.

Oaza

Dolina rzeki Draa
Dolina rzeki Draa

Maroko - rzeka Draa

Zbliżenie na Stasia     moje zdjęcie

Dotarliśmy więc do Agdz, która leżała kiedyś na trasiekarawan z Marrakeszu do legendarnego Timbuktu i była drugim miastem na tym szlaku. Miejscowość leży w obrębie oazy. W mieście funkcjonował bardzo ruchliwy karawanseraj, po którym została dzisiaj brama i plac targowy. Ulica główna, którą niegdyś ciągnęły dziesiątki wielbłądów, jest szeroka, zabudowana obustronnie ciągami domów z podcieniami, gdzie mieszczą się sklepy a kiedyś „stacjonowały” karawany. Jeden z nich wywieszonymi na murze dywanami kusił do wejścia. Ale generalnie mało sklepów było otwartych, gdyż trafiliśmy na czas piątkowego nabożeństwa, tym ważniejszego, że był przecież Ramadan. Całe szczęście, że udało nam się w panującym upale kupić niezbędne nam: wodę, coca-colę, chlebek, banany i melona. Zjedliśmy to wszystko w autobusie, aby nie drażnić głodnych muzułmanów, którzy akurat wychodzili po modlitwach z meczetu.

Oaza w MAroku
Akdz położone jest w oazie wśród gór

fotografia góry     foto - W oazie

Posterunek w Agdz

Brama na bazar
Brama prowadząca niegdyś do karawanseraju a teraz na bazar, gdzie kupiliśmy owoce

Agdz - Restauracja     Sklep z pieczywem
Tu kupiliśmy pyszne chlebki... a tam niektórzy z nas jedli lunch

droga do Timbuktu
Przy głównej ulicy odpoczywały niegdyś karawany zmierzające do Timbuktu

sklepy w Maroku     foto - arabskie kobiety

Sklep berberyjski   Marokańska cepelia
Dla turystów otwarte były sklepiki z wyrobami berberyjskimi

foto - Drzwi     W sklepie     Berberyjskie drzwi
To też przykłady sztuki berberyjskiej

Maroko -Agdz

Meczet     foto - minaret
Meczet

po nabożeństwie     Ramadan
Po modlitwie w meczecie

Po opuszczeniu Akdz zatrzymaliśmy się w szczególnie wybujałej oazie, aby pospacerować po gaju palmowym. Od razu oblepiły nas dzieciaki, nakłaniające do kupna daktyli. Niektóre oferowały wachlarze wykonane z liści palmowych w kształcie chorągiewki i zaraz kupiłam jeden, gdyż upał dawał się mocno we znaki (było około południa i słońce prażyło prosto w głowę, a taka chorągiewka sprawdza się jako wachlarz i jako daszek na głowę...).
        Miejscowy przewodnik poprowadził nas ścieżką między palmami, pokazując roślinność, którą sadzi się między wybujałymi pniami. Są to przede wszystkim zioła, które potem kupuje się na sukach. Same palmy wydawały mi się szczególnie dorodne, może ze względu na sezon dojrzewania daktyli – ogromne ich kiście zwisały spod korony palmowych pióropuszy, złocąc się w słońcu kolorem bursztynu. Okazało się jednak, że te są jeszcze niedojrzałe i poprowadzono nas dalej do palm z prawie bordowymi daktylami i te okazały się być przepyszne. Mogliśmy ich skosztować, gdyż wędrujący z nami pracownik plantacji, który już wcześniej, przy naszym aplauzie, demonstrował sposób wchodzenia na palmę, teraz też wszedł na górę i specjalnym nożykiem ścinał dla nas daktyle.Pychota!!

Plantacja daktylowa   Malownicze ruiny   wycieczka do MAroka
Wśród palm zwracają uwagę malownicze ruiny dawnych kazb

Palma daktylowa   foto - palma   Dojrzałe daktyle

Pracownik plantacji   foto - Na palmie   Na palmie

Oczywiście, tak jak w Tunezji, musieliśmy wysłuchać o trudach i specyfice hodowania palm, gdzie każdy kwiat daktylowy trzeba pojedynczo zapylać na drzewie. Przez cały czas nie opuszczały nas dzieci a najstarszy z chłopców, chcąc ściągnąć na siebie moją uwagę, zerwał lancetowaty liść i podzieliwszy go wzdłuż na cienkie pasma, uplótł z nich postać małego wielbłąda. Po czym wręczył mi go, mówiąc: „Bello camello”. Bardzo mi się to spodobało, zarówno plecionka, jak i nazwa i w zamian kupiłam od chłopca pudełko daktyli ( które i tak miałam w planie kupić dla naszych dzieci w prezencie – niestety, gdy zajrzeliśmy do niego już w Polsce, okazało się, że grasują w nim jakieś robaki i trzeba je było wyrzucić; za to daktyle kupione przez nas potem na suku nic nie straciły na wartości przez miesiąc konsumowania).

Figi     Daktyle
Figi i daktyle

Fotografia osiołka     Osiołek2

Po krótkim odpoczynku w pobliskiej kawiarni, gdzie ucieszyła nas zimna coca – cola a jeszcze bardziej prymitywna łazienka ze stanowiskiem do kucania (na Małysza, jak mówili niektórzy) i z wodą do odświeżenia się w upale (swoją drogą, jak czasem niewiele potrzeba człowiekowi do szczęścia – myślałam wychodząc zadowolona z tej łazienki), udaliśmy się na zwiedzanie kazby.

Coca Cola     to jest to

Drogą nad rzeką Draa od Agdz do Zagory wędrowały przez kilka wieków karawany, toteż pobudowano wzdłuż niej system kazb (fortec), których zadaniem było zabezpieczenie szlaku przed rozbójnikami, czyli Berberami właśnie. Do dziś pozostało wiele z nich, co trzeba uznać za szczęśliwy traf, gdyż materiałem budulcowych tych twierdz jest czerwona glina, przemieszana ze słomą i tamaryszek jako wzmocnienie stropu – budynki są więc nietrwałe i wymagają corocznego remontu. Dokonują tego biedni mieszkańcy kazb, jako że wymaga to mimo wszystko mniejszych nakładów niż budowa własnego domu.
         Pobudowaną przy plantacji daktyli kazbę Ouledothamane zwiedzaliśmy z jednym z jej mieszkańców, tym samym, który łaził po palmach jak kot. Po wejściu za mur obronny wydawało nam się, że kazba jest niezamieszkana: takie wrażenie sprawiały puste, zaniedbane zaułki, ciągnące się wśród wysokich, prawie bezokiennych ścian twierdzy. Towarzyszyły nam tylko dzieci, które jak zwykle w krajach afrykańskich, pojawiły się znikąd.

Marokańska kazba

Wieżyczka kazby    wycieczka do kazby    Wewnątrz kazby Ouledothamane

drzwi z tamaryszku




       Ale po wejściu przez wielkie, nabijane ćwiekami wrota do wnętrza twierdzy, gdy poprowadzono nas przez wysokie pomieszczenia, wyżej i wyżej po schodach na kolejne piętra, zauważyliśmy już ludzi, którzy na klepisku lub na tkanych matach leżeli, przeczekując ramadanowy upał. Były to zresztą głównie kobiety. Mężczyzn widzieliśmy wcześniej, siedzących w cieniu sąsiadującej z kazbą kawiarni. Po drodze zerknęliśmy do pomieszczeń mieszkalnych, aby skonstatować znikome ich wyposażenie w sprzęty. Pomieszczenia były ciemne, pozbawione okien, tylko w pionie komunikacyjnym, wokół którego kręciły się schody, gdzieniegdzie przeświecało światło przez dziury w dachu. W słupie światła, padającym z góry, wirowały nieustająco drobiny kurzu, nasuwając nam nieuniknioną refleksję, o tym, czym ci ludzie tutaj oddychają. Mury, podłoga i stropy ulepione są z gliny, przetykanej suszoną trawą, klepisko nie jest niczym osłonięte – cały ten materiał wysusza się w panującym tu upale i pyli. Nic dziwnego więc, że częstymi chorobami są tu, tak jak w Etiopii, zapalenie spojówek i choroby oskrzeli. Za to kazba dawała ludziom to, co było najważniejsze: bezpieczeństwo i schronienie przed palącym słońcem. Nas w podziw zaś wprawił fakt, że budowle, stworzone przy pomocy tak prostego surowca, osiągają tak imponujące rozmiary i istnieją od setek lat.






Izba w kazbie     Pył

A widok, jaki roztacza się z dachu twierdzy na okoliczną miejscowość i zieloną oazę, może zaspokoić każdego amatora egzotycznych obrazków. Spacerowanie po takim dachu wiąże się zresztą z dodatkowymi emocjami, gdyż taras ugina się pod nogami (to te tamaryszkowe konary, pozalepiane gliną) i można zastanawiać się, kiedy i kto poleci z niego kilka pięter w dół przez wybitą przez siebie dziurę.

Widok z dachu  Ouledothamane
Widok z dachu kazby na wieś

Widok z dachu kazby
Widok z dachu kazby na oazę

Maroko - Dachy kazby     Tarasik

Droga 1000 kazb słynie jeszcze z budowli innego rodzaju. To ksary, czyli ufortyfikowane wioski. Ich mieszkańcy to potomkowie dawnych czarnych niewolników, którzy pracowali kiedyś dla mieszkańców kazb na roli. Nazywają się oni Haratynami. Tak jak Berberowie, dumni są z tego, że obecnie są wolnymi ludźmi, czemu często dają wyraz na murach ksarów, malując znak „wolnych ludzi”.

Ksar Tissergat

foto - znak wolnych ludzi

Czasami też widać na ich domostwach znaki, mające chronić domowników przed złymi duchami, czyli dżinami (kobiety noszą w tym celu bransoletki z kolcami). Widziane z góry, od strony szosy, ksary nie są tak malownicze jak kazby. Kazby rzucają się w oczy swoją wielkością, niedostępnością i rzeczywiście mają wygląd twierdz, jakby głosiły: „Ja tutaj panuję!” Ksary są niskie, rozłożyste, ściśle zabudowane, osłonięte od góry włącznie z ulicami, raczej niewidoczne, wtopione kolorytem w otoczenie, jakby chciały ukryć się przed niepowołanymi oczami.

Zwiedzaliśmy jeden z nich blisko Zagory razem z jednym z jego mieszkańców (niestety, znajdujące się tu muzeum doliny Draa było, ze względu na Ramadan, zamknięte). Przewodnik a jednocześnie mieszkaniec ksaru Tissergat jest, jak się później dowiedzieliśmy, dobrym duchem tej wioski. Oprowadzał nas po głównej ulicy, która biegnie dookoła wioski tuż za murem obronnym - od jednej bramy w wieży (ciekawie zdobionej berberyjskimi wzorami i posiadającej otwory obronne), do innej po przeciwnej stronie wsi. Bramy główne, jak i prowadzące do nich drogi, zawsze były pod obserwacją i w razie najazdu łatwo można było je bronić, aby dać czas mieszkańcom na zabarykadowanie wewnętrznych dróg. Te są już zakryte dachami i prowadzą z licznymi zakrętami (zza węgła można się bronić lepiej) do poszczególnych lokali mieszkalnych. Trudno je nazwać domami, gdyż są poprzylepiane do siebie jak plastry miodu. Ciemno tam panuje i zaduch. Idąc, widzieliśmy niekiedy wystające z wnętrz pomieszczeń nogi drzemiących ludzi.

Ksar Tissergat- widok ogólny
Ksar Tissergat

Maroko - Ksar Tissergat

Na ścianie - znak wolnych ludzi     Z miejscowym  przewodnikiem

Pod murami kazby Tissergat      Wycieczka za przewodnikiem

Droga między murami       Droga wewnętrzna Tissergat
Główna wewnętrzna droga w ksarze

Brama obronna       Do oazy
Od strony oazy wejścia do ksaru strzegła brama obronna

Droga zwęża się    foto - Brama    foto - Droga zadaszona
Pozostałe drogi w ksarze są wąskie i zadaszone i prowadzą do nich mniejsze bramy

Przewodnik zaprosił nas do swojego domu rodzinnego, gdzie mogliśmy zobaczyć salon i kuchnię. Po tym, co widzieliśmy u mieszkańców kazby, to był skok cywilizacyjny: meble - komoda i etażerka, kuchenka gazowa a przede wszystkim działający telewizor. Dodatkowo mieszkanie miało bezpośredni dostęp do wody, dzięki wykopanej w salonie studni! Siostra przewodnika i matka, która siedząc na podłodze oglądała telewizję, nie zwracały na nas kompletnie uwagi.

Salon w ksarze Tissergat   Mebel    Kuchnia
Salon ze studnią, telewizorem i szafką oraz kuchnia

Przewodnik zaprowadził nas jeszcze na dach domu, gdzie w lecie śpi cała rodzina. Obok wyjścia na schody dobudowano małą przybudówkę z ubikacją, tak aby w nocy po ciemku nie trzeba było schodzić na dół. Jak na to miejsce, jest to prawdziwie cywilizowany przybytek. Martyna chwaliła właściciela tej posesji, że dba nie tylko o swoją rodzinę: dzięki jego staraniom utwardzono drogi w wiosce, więc jest czyściej i mniej dzieci cierpi na choroby oczu, doprowadzono kanalizację i elektryczność, więc można oglądać telewizję, a może nawet kiedyś będzie można postawić lodówkę (choć w zasadzie po co, skoro wiadomo, że jedzenie szykuje się na bieżąco i je zawsze świeżo przyrządzone...). Okazuje się też, że przewodnik włada kilkoma językami, zajmuje się tłumaczeniem książek i proponowano mu odpowiednią do jego wykształcenia pracę w mieście, ale on wolał zostać w swojej wsi, aby coś dla swojego plemienia zrobić (ksar zamieszkują 4 rodziny plemienne). Piękna postawa. Przy okazji trzeba powiedzieć, że jako najstarszy syn ma on obowiązek utrzymać na bieżąco rodzinę i jednocześnie sprawuje w niej faktycznie rządy. Co zarządzi najstarszy syn, to jest w berberyjskiej społecznościach święte, gdyż ojca praktycznie nie ma przez całe miesiące – pracuje gdzieś na utrzymanie rodziny w dalekim mieście, nierzadko za granicą.

Po południu zajechaliśmy do Zagory, która była dawniej pierwszą oazą na szlaku karawan od Marrakeszu do Timbuktu...

Zagora
Wieczór w Zagorze i dzień IV - z Zagory na Saharę


Powrót do strony głównej o Maroku

Powrót do strony głównej o podróżach

mail

4656