logo

Etiopia - Dolina rzeki Omo - Park Narodowy Mago - dzicy Mursi (dzień XII)

Skoro świt wyruszamy na poszukiwanie plemienia, które do dziś żyje w izolacji od współczesnej cywilizacji. Plemię Mursi ma bardzo nieciekawą opinię najbardziej niebezpiecznego ludu zamieszkującego Dolinę Omo a w dodatku złodziei. Zdarzało się, że Mursi zdejmowali z turystów koszule, spodnie, buty a samochody traciły koła, lusterka i wszystko, co tylko nadawało się do zabrania. Przewodnik radzi nam, aby po wjechaniu do wioski zostawić wszystkie kosztowności, jak np. zegarki, w samochodzie. Kierowcy mają stać na straży samochodów. Najlepiej wyjść do nich tylko z pieniędzmi przygotowanymi na opłacenie zdjęć i aparatem fotograficznym, a pieniędzy też lepiej nie trzymać w kieszeni, bo mogą sami się nimi obdarować...

Śniadanie jemy jeszcze po ciemku, aby wyjechać równo ze świtem. Przed nami długa droga po wertepach, a lepiej być na miejscu przed południem, bo potem Mursi upijają się i bywają agresywni. Już więc sam wyjazd z Jinki jest w związku z tym emocjonujący. Na granicach miasta spotykamy pierwszych Mursi. Półnadzy i bosi, kobieta ze zwieszającym się z wargi dziwnym talerzem, mężczyzna z dzidą, wyglądają dziko, ale również sprawiają wrażenie przytłoczonych tłumem i cywilizacją. Wędrówka do obcego miasta zajmuje im w jedną stronę dwa dni niebezpiecznego marszu przez góry i busz.
Po co tu przychodzą? - Na targ, aby wydać zarobione pozowaniem do zdjęć pieniądze. A co kupują? - Alkohol i broń, bo resztę potrzebnych im rzeczy produkują sami.

przez rzekę






   Zjeżdżamy z głównej drogi i od razu lądujemy w rzece, którą nasze samochody pokonują wolniutko, zanurzone po podwozie.

Jedziemy wąską drogą przez leśną gęstwinę spotykając zajętych pracą ludzi.

Etiopia - góry

z krową   pranie w rzece

przepierka

z ciężarem  pani z ciężarem

Po drodze spotykają nas kolejne atrakcje: przepławiamy się przez rzeki...

Etiopia - przepływamy rzekę    woda za burtą

i dwa razy łapiemy gumę...

awaria  zmiana koła

...aż dojeżdżamy do granicy Parku Narodowego Mago. Tutaj robimy postój, czekając na Monikę i Salomona, którzy jadą do dyrekcji parku uzyskać pozwolenie na wjazd i załatwić bilety wstępu.

przy tablicy

   Park Narodowy Mago obejmuje obszar przeszło 2 tysięcy km. kw. na wysokości 1500 m n.p.m., chroniąc unikalną florę Doliny Omo i żyjące tu na swobodzie antylopy, lwy, bawoły, słonie i ptaki. Z ochrony korzystają również, zamieszkujący te tereny, koczowniczy Mursi. Nasi przewodnicy wracają, przywożąc skauta z karabinem. Zadaniem jego będzie próba wyrównania naszych szans w czasie pobytu w wiosce Mursi, gdyż wojownicze plemię jest silnie uzbrojone. Już czujemy się jak na „dzikim zachodzie”...

granica parku narodowego Mago

Rolę szlabanu przy wjeździe do parku pełni rozciągnięty między dwoma kijami sznurek. Ale bilety sprawdzane są pieczołowicie. Las rzednieje w miarę, jak przekraczamy pasmo górskie. Jedziemy teraz przez busz, wspinając się na przełęcz górską.

granica   busz

Tam roztacza się przed nami przepiękna panorama. Otwiera się przed nami rozległa zielona dolina, otoczona na horyzoncie mglistym zarysem gór, niczym niezbadany raj. Kto wie, ile istnień i jakie tajemnice kryje w sobie? Zagłębiamy się w tę krainę, zjeżdżając z przełęczy, czując się, jakbyśmy odkrywali zaginiony świat Conan Doyle`a.

dolina Omo

panorama

w dół do doliny Omo

PN Mago - zamglona góra  jedziemy

Jedziemy dalej przez malownicze dziewicze tereny, nurzając się w wysokich trawach. Kotlina zamknięta jest z każdej strony górami, do których zbliżamy się powoli.

w trawach

w dolinie

Po przekroczeniu całkiem sporej, jak na suchą porę, rzeki, napotykamy małą wioskę. Kilka skleconych z gałęzi lub słomy domków, grupka mieszkańców.

rzeka   foto - wioska

domek z pali

domek Mursi   foto - dom Mursi
Mursi budują domy z trawy, ale ci bardziej cywilizowani - z palików i słomy

To już Mursi, ale bliżsi cywilizacji. My jedziemy do większej wioski, położonej dużo dalej ze kolejnym pasmem górskim. Znowu zachwycamy się krajobrazem rozpościerającym się z kolejnej przełęczy.

panorama parku narodowego Mago
Panorama parku narodowego Mago

widok   góra

panorama doliny rzeki Omo
Panorama doliny rzeki Omo

panorama

Zjazd stromy w dół po kamienistej drodze dostarcza zupełnie innych przeżyć. Bardziej fizycznych, niż estetycznych...

zjazd dżipami   do kolejnej doliny

wartownik






   Nagle na drodze pojawia się samotny wędrowiec. Podąża w stronę miasta, czy stanowi wysuniętą straż tego terenu, uważanego przez plemię za ich własność? Podnosi w naszą stronę ostrzegawczo dzidę, wzrok ma czujny i nieprzyjemny. Robi nam się trochę nieswojo...

I rzeczywiście, po dwóch godzinach jazdy osiągamy cel. Przed nami pojawia się gromada ludzi. Wyglądają niesamowicie! Jakbyśmy przenieśli się wehikułem czasu do ery przedpotopowej. Ogarnięci gorączką z niecierpliwości, chowamy pospiesznie droższe rzeczy, wyjmujemy zwitki jednobirrowych banknotów, tych nowiusieńkich prosto z banku, trzymanych cały czas na tę okazję (innych Mursi nie chcą) i czekamy, aż nasi przewodnicy, którzy negocjują ze starszyzną, dadzą nam znak, że można wyjść z samochodu.

u Mursich

Mursi Po opuszczeniu samochodu zostajemy od razu otoczeni przez dziki tłum mężczyzn: łapią nas ze ręce, pokazując na niby, że chcą zdjęcie. Ale my chcielibyśmy najpierw pochodzić trochę między nimi, aby przyjrzeć się im z bliska, a potem wybrać sobie kogoś do sfotografowania. Trzymamy się na wszelki wypadek razem, aby się nawzajem zabezpieczać. Choć przewodnik, ten który pilnuje nas z karabinem, twierdził, że ostatnio Mursi uspokoili się trochę i nie kradną już wszystkiego, jak leci, gdyż mieli już tak złą reputację, że turyści przestali do nich przyjeżdżać i to dało im trochę do myślenia. Postanowili może dać dojnej krowie, czyli białym, jakiś okres ochronny. W końcu jesteśmy ich jedynym źródłem zarobkowania – nie produkują niczego, co mogliby sprzedać. A alkohol i broń są im już niezbędne, już się przyzwyczaili do ich posiadania: polują na dzikie zwierzęta i toczą walki z sąsiadami. A swoją drogą to niezbyt komfortowe dowiedzieć się, że pieniądze, które im dajemy wykorzystują na taki cel. My na szczęście mamy tych banknotów dla nich niedużo. Mursi nie znają tak naprawdę wartości pieniądza. Rozpoznają tylko banknoty jedobirrowe, więc nie można zapłacić im za kilka zdjęć hurtowo banknotem o wartości np. 10 birrów. Oni chcą mieć 10 znanych im papierków, a nie jeden nieznany. I są wtedy bardzo niemili, myśląc, że chce się ich oszukać. A my mamy ograniczoną ilość jednobirrowych papierków...


dzicy Mursi

foto -  wojownicy Mursi

   Oszołomieni dzikim tłumem wojowników, uzbrojonym w dzidy i karabiny, półnagim, przyodzianym w skrywające tylko biodra wzorzyste płachty tkanin, ozdobionym metalowymi bransoletami na ramionach i łydkach oraz piórami na głowie, a czasem szpanującym wielkimi kolczykami z kłów słoniowych, pozwalamy się namówić na zrobienie zdjęcia czterem mężczyznom. Przy pomocy naszego kierowcy negocjujemy cenę 2 birry za zdjęcie – to jest teraz zwyczajowa stawka. Mąż robi zdjęcie, ja trzymam przygotowane pieniądze w ręku i jednocześnie pilnuję porządku, bo jest więcej chętnych na zarobek. Tak się umówiliśmy: ja zajmuję się stroną organizacyjną a Staś skupia się na aspekcie reportersko - artystycznym.
Nasz kierowca jest normalnego wzrostu, ale wojownicy przewyższają go wzrostem. Zastanawiamy się, czy ten, który nosi ozdobę z kłów słoniowych, upolował słonia samodzielnie, czy znalazł kły gdzieś w buszu. Czy są słonie w parku Mago? - Czasami przyplątują się z Kenii.

Inni odtrąceni mężczyźni ciągną Stasia za ręce, aby im też zrobił zdjęcie. Miga im, że nie ma kasy. Wtedy zwracają się do mnie i pokazują na mój dyndający na pasku aparat. Nie byłabym kobietą, abym nie poddała się zniewalającemu urokowi prawdziwych afrykańskich wojowników. Ale ponieważ lubię rządzić mężczyznami, wybieram sobie trzech najbardziej okazałych ;)

foto - wojownicy Mursi
To są prawdziwi wojownicy: pióro oznacza, że zabili grubego zwierza lub wrogiego sąsiada...

Mursi - kobieta praktyczna







   Po wydaniu w sumie 14 birrów dochodzimy do wniosku, że musimy być bardziej oszczędni i postanawiamy „zapolować” na kobiety, bo to one są głównym magnesem, ściągającym tu turystów. Kobiety Mursi noszą w wargach gliniane talerze. W młodości nacinają sobie skórę pod dolną wargą i w nacięcie wkładają glinianą płytkę. W miarę jak warga rozciąga się, talerze zamieniane są na coraz większe. Widok jest zgoła nieapetyczny. Dlaczego same tak się oszpecają tymi wątpliwymi ozdobami? Jest kilka hipotez. Jedna wersja mówi, że tutejsze kobiety wyglądają tak, by nie budzić zazdrości mężczyzn z innych plemion i tym samym czuć się bezpieczne. Inna, że przyczyną samookaleczania i oszpecania była ochrona przed handlarzami niewolników. Jeśli tak, to ironia losu sprawiła, że teraz ten niespotykany nigdzie indziej zwyczaj ściąga do nich znowu białych, na szczęście w bardziej pokojowych zamiarach.



Mursi - elegantka











   Niektórzy antropolodzy twierdzą, że płytki miały odstraszać złe duchy, próbujące dostać się do wnętrza człowieka przez usta. Ale jeżeli tak, to dlaczego nie noszą ich mężczyźni? Do kolejnego zdjęcia wybieramy starszą kobietę, której mogłyby się przestraszyć nie tylko złe duchy. Poza dużym talerzem posiada ona przedziwne nakrycie głowy z metalowymi kółkami i kłami, naszyjnik z dużych muszli ślimaków morskich i kropki malowane na twarzy. Koszyczek, który nosi zwykle na głowie, wzięła do zdjęcia do ręki.

Ponieważ zaczęliśmy robić zdjęcia, znowu pojawia się koło nas dużo ludzi. Nalegają, aby wybrać właśnie ich. Sytuacja wymusza na nas niezręczne dla nas samych zachowanie – musimy wybrać jedną osobę, wyciągnąć ją z tłumu i ustawić w wolnym miejscu, aby nie było wątpliwości, komu robimy zdjęcie. W przeciwnym wypadku wszyscy chcieliby pieniądze. Czujemy się trochę, jak na dawnym targu niewolników. Ale nie mamy wyjścia. Wybieram młodą kobietę z dzieckiem na plecach, a innych zdecydowanie odsuwam.

matka ze schowanym dzieckiem







   Kobieta ma wyjętą płytkę z wargi (a już zastanawialiśmy się jak one jedzą, ale talerze okazują się być wyjmowalne), za to przedziurawione i rozciągnięte małżowiny uszne. Widać też na jej brzuchu skaryfikacje w postaci kilku szeregów kropek. Czy te blizny po nacięciach mają znaczenie ochronne, ozdobne, czy też są znakiem przynależności społecznej?
W trakcie fotografowania dziecko, przytwierdzone do matki temblakiem, chowa się niestety za plecy. Płacę kobiecie zwyczajowe 2 birry, a ona wyciąga 3 palce, dwoma pokazując na siebie a jednym na dziecko. Daję dwa birry i mówię, że nie było mowy o dodatkowej zapłacie za dziecko. Ale mogę sobie mówić. Przecież oni nie rozumieją po amharsku a co dopiero po angielsku. Zaraz też doskakuje do mnie jeden taki z dzidą i głośno krzyczy. Dodaję więc jednego birra, ale czuję się oszukana.

matka z karabinem







   Następna kobieta postępuje uczciwiej. Od razu pokazuje 2 palce na siebie a jedno na dziecko. I to jest dobry wybór: dziecko nie chowa się za mamę, tylko wprost przeciwnie zabiera się za konsumpcję. Kontrast groźnej murzyńskiej kobiety z karabinem i karmiącej matki z wdzięczną, „europejską” torebeczką, jest kapitalny. Kobieta nie ma przeciętej wargi – czy dlatego dostała od męża karabin do obrony? A może sama upolowała zwierzęta, z których zębów zrobiony ma wspaniały, długi naszyjnik, o czym świadczyłoby pióro wetknięte we fryzurę?

Żeby uwolnić się trochę od osaczających nas Murzynów, poszukujemy naszych. W sam czas, bo jak się okazuje jesteśmy zaproszeni do obejrzenia wioski, która do tej pory ukryta była przed naszymi oczami w krzakach. Są to zwyczajne szałasy z siana, przykryte czasem gałęziami. Po co lepsze domy koczującym ludziom? Oni nawet nie uprawiają skrawka roli, tylko przemieszczają się w poszukiwaniu zwierzyny.

szałasy Mursi  foto - szałas

Podchodzą do nas kobiety, oferujące do kupienia wyjęte z ust talerze. Nie reflektuję, ale przy okazji zauważam, że te kobiety nie mają dolnych, przednich zębów. Wszystkie! A więc wybijają je sobie, aby zmieścić powiększające się płytki lub same im wypadają pod wpływem nacisku. Robi mi się niedobrze. Biedne! Robimy zdjęcie jeszcze jednej z nich z największym talerzem. Żeby go zmieścić, straciła chyba więcej niż 4 zęby. Ma ona dodatkowo metalowe obręcze nie tylko na przegubach rąk, ale też na ramieniu i łydkach. To chyba też odznaka bogactwa lub poważania jej męża.

pan w kapie







   Kończą nam się pieniądze, więc przekazuję na migi następnym nagabującym nas ludziom, ze nic już nie mamy. Nie wierzą, pokazują na kieszenie. Wywracam je więc na wierzch. Przy okazji znajduję gumki do włosów, w które zaopatrzyła mnie w Warszawie córka. Pokazuję jedną dziewczynie z talerzem, ale ona zdegustowana odchodzi. Za to podchodzi do mnie wyraźnie zainteresowany młody mężczyzna z karabinem, osłonięty czymś, co wygląda jak ozdobna kapa na łóżko. Pokazuję mu, co można robić z frotką, rozciągam ją i przykładam do włosów. Frotka jest ładna w lśniącym niebieskim kolorze. On wyciąga po nią rękę. Ja pokazuję: dam ci frotkę, gdy ty pozwolisz zrobić sobie zdjęcie. On kiwa głową. Jeszcze raz pokazuję to samo, już teraz z aparatem fotograficznym. On kiwa głową, nie odrywając wzroku od kawałka gumki. Wpatruje się w nią jak sroka z błyskotkę. Po co mu frotka, zachodzę w głowę? Ale szybko robię zdjęcie swoim aparatem, póki się nie rozmyśli. On wciąga sobie frotkę na ramię, jak bransoletkę. Jest bardzo zadowolony. No i wszystko jasne – pieniądze odkładał na karabin i zabrakło mu na ozdoby. A przecież każdy chciałby się podobać...

Teraz podchodzą do mnie następni chętni. Myślę sobie, że to dziwne, iż chłopcy chcą ozdóbki, którymi wzgardziły dziewczęta, ale zaraz konstatuję, ze one po prostu mają większe wzięcie u fotografów. A kto chce płacić za zdjęcia takim zwykłym chłopcom?
Ustawiam więc ich w kolejkę i cykam.

chłopiec Mursi   Musi z piórem   pomalowany cłopiec
Zwykli chłopcy fotografujący się za frotki

groźny Mursi







   Jeden z nich jednak po zrobieniu zdjęcia wyraźnie doprasza się o pieniądze. Na szczęście obok znajduje się nasz przewodnik, którego proszę o pomoc, wyjaśniając mu sytuacje. Ten przegania natręta, ale bierze dla siebie za tę pomoc jedną gumkę, uśmiechając się szelmowsko.
Inny po zrobieniu zdjęcia wyciąga rękę po drugą frotkę. Rzeczywiście, jest wspaniale pomalowany i uzbrojony w imponujący nóż. Boję się więc mu odmówić. Wtedy zbliża się ten, który dostał gumkę jako pierwszy i też wyciąga rękę. Zdaje się mówić, że to niesprawiedliwe. Co mam robić, daję mu drugą, tym razem różową. I znów jest uszczęśliwiony. Ja też jestem zadowolona, że nie musiałam płacić pieniędzy, które poszłyby na jakiś niejednoznaczny moralnie cel.

Pora odjeżdżać. Syci wrażeń zbieramy się do samochodów i opuszczamy wioskę Mursi, którzy okazali się mniej groźni, niż ich przedstawiano. Po drodze próbuje nas jeszcze zatrzymać goluśki „nakrapiany” chłopiec a samotny wędrowiec jak efemeryczne widmo puentuje nasze doznania z tego fantastycznego, obcego nam świata.

nakrapiany chłopiec      widmo

Ponieważ główny cel dzisiejszego dnia został już osiągnięty, nie spieszymy się już nigdzie i zatrzymujemy się po drodze, aby z bliska zapoznać się z interesującą nas roślinnością.

drzewko  owoc   owoc

gniazda   foto - gniazdo

Robimy też postój na szczycie przełęczy, podziwiając panoramę doliny Omo. Przy okazji odkrywamy ciekawe, duże barcie w kształcie beczki, przymocowana na drzewach.

ostatnia panorama

ja w Dolinie Omo     barcie drzewne

Po południu osiągamy nasz hotel w Jinka, a tu już czeka na nas Jasmin z pysznym lunchem, który dla nas przygotował – spaghetti ze wspaniałym sosem bolonese i dużą ilością przypraw.

dziecko Ari   Dzień XII - Plemię Ari


Powrót do strony głównej o Etiopii

Powrót do strony głównej o podróżach


mail

8291