logo

Boliwia - laguny na Atacamie

„Dziś opuszczamy Chile i przejeżdżamy do Boliwii” - to była moja pierwsza myśl po przebudzeniu wcześnie rano. Drugą było: „Dlaczego muszę wstawać, gdy jest jeszcze ciemno i tak zimno?”
Wyjechaliśmy na punkt graniczny bez śniadania, tylko z suchym prowiantem na drogę, dzięki czemu przed nami nie zdążyła się uformować duża kolejka. Zależało nam na czasie, aby zdążyć przed innymi turystami, opuszczającymi Chile, bo przed nami była długa droga po górach i bezdrożach.

podróż przez pustynię Jeszcze do niedawna odprawa graniczna między Chile a Boliwią odbywała się na granicy na wysokości 4000 m, ale teraz wystarczy pokazać dokumenty w posterunku, który mieści się w miasteczku San Pedro. Odprawa graniczna, mimo krótkiej kolejki zajęła jednak trochę czasu, który można było poświęcić na zjedzenie kanapki, więc w góry wyruszyliśmy już za dnia. Godzinna jazda asfaltową drogą pod górę trochę nas nużyła, ze względu na szeroką perspektywę pustyni, działającą usypiająco dla ludzi wyrwanych z ciepłych łóżek jeszcze przed świtem, ale po krótkiej drzemce zaczęłam oglądać widoki. Bo były piękne i unikalne. Różowy piasek pustyni, nakrapiany bielszymi kamykami porastały zielono – żółte kępki traw pasch brava (dzika słoma), które w oddali wyglądały jak zielonkawy dywan. Ta jedna z najsuchszych pustyń świata wcale tu nie jest taka sucha. W tle widzieliśmy wulkany, w stronę których powoli zdążaliśmy, zbliżając się więc także do Andów. Podziwiałam widoki żując cały czas liście koki i pijąc wodę, bo mieliśmy tego dnia osiągnąć wysokość 5000 m n.p.m. A gdy na chwilę opuściliśmy autobus, aby zrobić zdjęcie wulkanów, stwierdziłam, że mój organizm jeszcze nie przystosował się do wysokości około 4000 m. Zrobienie dosłownie kilku szybszych kroków pod górkę (tak mi było pilno do zrobienia zdjęcia), kosztowało mnie przyspieszone bicie serca. Z powrotem więc do autobusu wracałam już wolniutko. Ale widok wulkanów z obsypanymi śniegiem krawędziami kraterów, był taki piękny. I nareszcie mogłam dotknąć tej ślicznej trawy, która sprawia wrażenie delikatnej dzięki swemu kolorowi – okazała się jednak sucha i ostra jak brzytwa. Ot, zwodnicza postać rośliny, która musi sobie dać radę w warunkach dużych wahań temperatury (nocą poniżej zera a w dzień prażące słońce) przy braku opadów. Po powrocie z wycieczki znalazłam w Internecie zdjęcie, jak zakwita pustynia Atacama, gdy raz na parę lat spadnie tu deszcz. Suche nasiona roślin są w stanie przeczekać w glebie kilka – kilkanaście lat, aby po jednej ulewie zakwitnąć olśniewającymi kolorami.

wulkany na Atacamie
Wulkany na Atacamie

trawy na Atacamie    pasch brava
Trawy pasch brava nadają pejzażowi Atacamy żółto - zielonego koloryt

Po osiągnięciu 4400 m n.p.m. (podjechaliśmy pod górę 2000 m) zatrzymaliśmy się na umownej granicy w pobliżu wulkanów. Z lewej strony mieliśmy wulkan Kilikan Kabur, z prawej wulkan Churike. Tu czekali już na nas nasi boliwijscy kierowcy przy samochodach terenowych, którymi odtąd mieliśmy się poruszać. Czekało też na nas śniadanie przygotowane przez kierowców, wyłożone na turystycznych stolikach, jak się okazało całkiem dobre. No i wspaniała gorąca kawa i herbata, które świetnie nas rozgrzały, jako że na tej wysokości jest rzeczywiście zimno; można też było sobie zaparzyć herbatkę z koki w ramach walki z chorobą wysokościową. Nie musieliśmy nigdzie na razie chodzić, więc ja czułam się dobrze – żadnych objawów choroby wysokościowej u siebie nie obserwowałam. Jedliśmy, podziwiając widoki i uchylając się przed mewami, które latały nam nad głową, jakby przymierzały się do porwania naszego jedzenia. „Skąd na pustyni i w górach mewy?” zastanawiałam się, usiłując je dorwać w obiektyw aparatu.

granica na Atacamie
Granica chilijsko - boliwijska na Atacamie

śniadanie na Atacamie
Śniadanie na Atacamie

mewa
„Skąd na pustyni i w górach mewy?”

Po śniadaniu, w coraz lepszych humorach, jako że zapowiadała się przygoda, przenieśliśmy nasze bagaże do dżipów (tak je będę od teraz nazywała, mimo że mój mąż zwraca mi uwagę, że to zwykłe Toyoty). Kierowcy opakowali nasze bagaże ochronną plandeką, jak się okazało wieczorem, niektórzy zrobili to niezbyt dokładnie, co było brzemienne w skutki.

pakowanie bagaży
Pakowanie bagaży

my przy Toyocie
Stoimy przy naszej Toyocie, gotowe wyruszyć w drogę

Jazda przez Atacamę wzdłuż pasma andyjskiego po szlaku wytyczonym przez inne samochody, była coraz ciekawsza. Ja w ogóle lubię jazdę terenówkami po bezdrożach, więc byłam zadowolona, chociaż, jak okazało się wkrótce, czasem jechaliśmy w chmurze pyłu, gdyż wylądowałyśmy w czwartym samochodzie w kolumnie.

Docelowo mieliśmy dojechać do miejscowości Uyuni po drugiej stronie pustyni. Ta całodzienna jazda po pustyni po szlaku prowadzącym przez Park Narodowy Fauny Andyjskiej urozmaicona była wieloma przystankami na lagunach. Laguny na pustyni Atacama po stronie boliwijskiej słyną ze swej niezwykłej malowniczości. Najpiękniej wyglądają w słońcu – mienią się wtedy wieloma barwami, w zależności od zawartych w wodzie składników mineralnych i zamieszkujących je glonów. My przyjechaliśmy w porze deszczowej i słońce już wkrótce schowało nam się za chmury. Ale i tak było pięknie.

postój
Postój przy jednej z lagun

lguna Biała
Jedna z lagun -Laguna Biała

Na początku zatrzymaliśmy się przy Lagunie Białej w Rezerwacie Fauny Andyjskiej. Można było skorzystać tu z toalety w małym hotelu (standard turystyczny, ale woda i umywalki były). Przy okazji zerknęłam do wnętrza pokoi hotelowych – łóżka na katafalkach, jak to już widziałam na Saharze, chronią przed wizytą skorpionów pod kołdrami. I spotkałam kota, wyglądającego jak nasza Redsina, tylko chudszego. Hotelik stoi u stóp góry, wyróżniającej się kolorem – jest buro – różowa a jej dolne stoki porastają trawy, wyglądające z oddali, jak maźnięcia wykonane pędzlem zanurzonym w żółto – zielonej farbce.

hotel
Hotel na Atacamie

pokój hotelowy     kot
Pokój hotelowy i kot boliwijski

Laguna Biała wcale nie jest biała, tylko jasno niebieska. W spokojnej tafli jeziora odbijają się popielato otaczające je góry i przepływające po niebie białe obłoczki. Brzegi pokryte głazami, wyglądającymi na powulkaniczne, gdzieniegdzie okraszone są zielonymi dywanikami glonów. W oddali kolor laguny przechodzi w blado różowy i tam można dostrzec stadko flamingów. Wszystko w tonacji pastelowej, stonowanej. Za pierwszą linią gór widać w oddali wulkany. Te mają już podobno 6000 m n.p.m.

Laguna Biała
Laguna Biała na pustyni Atacama

piękna laguna
Odbijają się w niej popielate góry a kolor wody w oddali przybiera barwę różową

kolorowe jezioro
Wulkany w tle to już sześciotysięczniki

zielone brzegi
Brzegi gdzieniegdzie porastają zielone glony

Widok przyprawił mnie o lekki amok, więc rzuciłam się do pstrykania zdjęć. Na szczęście uświadomiłam sobie, że warto też zrobić fotkę samej sobie, aby uwiecznić się w tym uroczym miejscu i poprosiłam o to koleżankę.

Laguna Biała w Boliwii
Coś przepięknego

zielonkawe jezioro

ja nad laguną Biała na Atacamie
Nie mogłam nie uwiecznić się w tym uroczym miejscu

Następna laguna, przy której zatrzymaliśmy się, zwana Zieloną, nie zrobiła już na nas takiego wrażenia, ale też oglądaliśmy ją z oddali, gdyż brzegi otaczało solisko. W środku było małe jeziorko a w tle dwa wulkany. Pustynia tu się zmieniła. Zniknęły kępy traw, powierzchnia była płaska, popielata. Zapytaliśmy co robią na pustyni kopczyki kamieni, układanych przez ludzi – podobno jest taki zwyczaj, że ludzie dokładając do kopca kolejne kamienie, pozbywają się zmartwień.... Hmm...

laguna Zielona
Laguna Zielona

ja
Ja nad Laguną Zieloną

Asia K
Asia K. złapała samochód

Dalej wyjechaliśmy na ubitą drogę. Tu kierowcy mogli zwiększyć szybkość, co niestety spowodowało, że w środku w samochodzie pojawił się pył. Tym bardziej więc, gdy na horyzoncie pojawiły się nowe pasmo górskie, niesamowicie kolorowe, zapragnęłam wysiąść na chwilę. Lecz kierowca powiedział, że nie możemy oddalać się od kolumny. I tu przydała się odrobina łutu szczęścia. Jadący przed nami samochód miał jakąś awarię i zatrzymaliśmy się na kilkanaście minut na bajecznie kolorowej pustyni o nazwie Salvadora Dali. A najwspanialsza, najbardziej kolorowa góra, jaką w Ameryce Południowej widziałam, nazywa się Górą Siedmiu Kolorów. Jakże trafnie :)

nowe góry
Góry, otaczające nas, zmieniły się. To już nie są pojedyńcze wulkany

jazda po pustyni
Jedziemy po pustyni Salvadora Dali

kolorowa góra
Góry zachwycają kolorami

piękne widoki
Takie widoki! Żal nie zatrzymać się

Pustyni Salvadora Dali
Udało się. Można w spokoju przyjrzeć się Pustyni Salvadora Dali

ostańce


Asia O.
Asia O. na pustyni Salvadora Dali

ja
Pokazuję Górę Siedmiu Kolorów

Góra siedmiu Kolorów
Góra Siedmiu Kolorów

Kolejna laguna znowu śliczna. Na pustyni, na którą znowu wróciło życie (kępy traw) rozlewa się szeroko jasnoniebieska woda, zamknięta w oddali różowym obramowaniem. Laguna Polkes posiada jeszcze nie lada atrakcję - basen termalny. Można przebrać się w toalecie i wymoczyć w gorącej wodzie. Nas zniechęcił trochę widok czarnej chmury, która nasuwała się nad lagunę, więc wyruszyliśmy dalej.

laguna Polkes na Atacamie
Laguna Polkes na Atacamie

laguna Polkes
Laguna Polkes

basen
Można wykąpać się w basenie termalnym

chmury
Nadciągają ciemne chmury

Wspięliśmy się na wysokość 4800 m, aby zobaczyć kolejną ciekawostkę - najwyżej położone na ziemi gejzery. W rdzawej ziemi, pokrytej miejscami wykwitami siarki, wytworzyły się ujścia kominów wulkanicznych, z których wydobywają się kłęby białych oparów. Scenerię uzupełniały ciemnoszare, ponure chmury, zasłaniające niebo. Po wyjściu z samochodu ruszyliśmy powoli w kierunku gejzerów. Szybciej się nie dało – wysokość i brak tlenu szczególnie w tym miejscu dawały się we znaki. Powietrze pachniało siarką. Ale zbliżenie się do gejzerów nagrodziło nas niesamowitym widokiem. W dziurach w ziemi połyskiwała niebiesko - sino jakaś substancja, gęstsza od wody i połyskująca metalicznie. Czegoś takiego jeszcze nie widziałam. I mimo trujących oparów, na które trzeba było uważać, bo pod wpływem powiewów wiatru zmieniały kierunek, stałam długo na brzegu gejzerów, podziwiając je, to był widok naprawdę niespotykany.

gejzery w Boliwii
Jedziemy do gejzerów na wysokość 4800 m n.p.m.

gejzery w Boliwii
Nad polem gejzerów unoszą się opary i cuchnie siarką

pole z gejzerami w Boliwii
Rdzawa ziemie poznaczona jest wykwitami siarki

dziewczyny
Na tej wysokości chodziło się z trudem

kratery
Ale warto było obejrzeć ten niesamowity widok z bliska

kosmiczny krajobraz
Rdzawo - żóła ziemia usiana jest kraterami, z których unoszą się opary...

mazia
a w środku dziury wypełnionę są jakaś gęstą substancją połyskującą sino

krater gejzeru

krajobraz kosmiczny
Krajobraz jak na obcej planecie

groźny pejzaż
Grozę pejzażu podkreślały ponure chmury

Opuszczając pole z gejzerami osiągnęliśmy najwyższy punkt naszej wycieczki (i nasz rekord wysokości) - 5000 m. Powiedział nam o tym kierowca, gdy mijaliśmy kilka wpatrzonych w nas lam.

lamy
Lamy przyglądały się nam ze zdziwieniem - wysokość 5000 m n.p.m.

Zjazd z tych 5000 m w dół na długo zostanie w mojej pamięci. Po pierwsze nawdychałam się wyziewów z gejzerów, gdyż chciałam je sfotografować z bliska. Poza tym w samochodzie zrobiło się duszno – cały pył wyrywany z pustyni kołami poprzedzających nas samochodów wchodził do dżipa. Zamknęliśmy okna, nie można też było uruchomić klimatyzacji, bo filtry tego pyłu nie zatrzymywały. Dodatkowo kierowcy chcieli chyba szybko przejechać ten newralgiczny odcinek i gnali w dół. Poczułam, że brakuje mi tlenu i zareagowałam na to histerycznie. To znaczy spanikowałam, zamiast spokojnie oddychać. Parę razy mi się to przytrafiło w życiu i powinnam wiedzieć, jak się w takiej sytuacji uspokoić, ale mnie deprymuje to, że wtedy tracę zdolność prawidłowego mówienia i czuję pustkę w mózgu. Reakcją na brak tlenu jest przyspieszenie akcji serca i tłoczenie większej ilości krwi do mózgu i narządów wewnętrznych, celem ich ochrony. A wtedy robi mi się słabo, ręce i nogi robią się lodowate i drżą, serce łomoce a w mózgu pustka. Tak się też poczułam wtedy i modliłam się tylko, abyśmy szybko wylądowali niżej. Chciałam powiedzieć koleżankom, co się ze mną dzieje, ale nie mogłam sobie przypomnieć polskich słów, tylko bełkotałam „za dużo dust”. A one też czuły się niedobrze, więc tak jechałyśmy zamknięte w blaszanej puszce zdane na łaskę boliwijskiego kierowcy, dla którego ta wysokość jest czymś naturalnym.

Gdy dowieziono nas nad kolejną lagunę, gdzie mieliśmy zjeść obiad, zostawiłam drzwi dżipa i położyłam się na kilka minut na siedzeniach samochodu. Chciałam spokojnie i głęboko pooddychać, zanim ruszę na obiad. Gdy już uznałam, że mi lepiej, dowlokłam się do domku, gdzie przy długich stołach siedzieli wszyscy. Tam zorientowałam się, że można poprosić o tlen z butli, co też uczyniłam. Powdychałam sobie tlenu przez jakieś 3 minuty, poczułam się lepiej (to znaczy zauważyłam, ze mózg zaczął mi pracować i przestałam bełkotać) i zadowolona poszłam jeść. I dopiero, gdy usiadłam przy stole i zjadłam dwa kawałki ziemniaków, poczułam, że gwałtownie słabnę. „Jak się zaraz nie położę, to zemdleję” -pomyślałam i z pomocą Wioli powlokłam się z powrotem do pokoju, gdzie była butla z tlenem. Położyłam się na łóżku i zaraz przyleciał nasz przewodnik z przewodnikiem boliwijskim i zaserwowali mi 10 minut tlenu. Przejęli się mną, bo podobno byłam biało – zielona a ręce miałam lodowate. Potem jeszcze przyszła jedna z członków naszej grupy, które okazała się być lekarzem, zmierzyła mi ciśnienie, spytała, czy choruję na serce (nie) i powiedziała, że nic mi nie będzie. Ale zaraz przynieśli mi też jakieś lekarstwo i kazali wypić. Mówili, że na serce, to wypiłam. Wkrótce zrobiło mi się lepiej, poczułam, że ręce wracają mi do życia, ale grzecznie, nauczona doświadczeniem, leżałam pod tlenem przez cały przypisany czas. Potem oczywiście było mi głupio, bo stałam się małą sensacją wycieczki, ale moje koleżanki poszły w moje ślady i też powdychały trochę tlenu, by mi nie robić przykrości ;) Że tylko ja okazałam się taka wrażliwa na chorobę wysokościową :)

ratowanie tlenem
Ratuję się tlenem po zjechaniu z 5000 m n.p.m.

koleżanki z tlenem    AsiaK z tlenem
Potem już byłam w o tyle lepszej formie, że zrobiłam zdjęcia koleżankom, gdy one również doświadczały mocy zbawczego tlenu

Na brzegu kolejnej laguny, Colorado, czułam się już znakomicie. Koleżanki mnie temperowały, ale ja bez problemu łaziłam i robiłam zdjęcia, a było znowu czemu. Woda jeziora różowiała w przeświecającym miejscami słońcu. Na tę niesamowitą barwę laguny mają wpływ rosnące tu algami i flamingami. Cudowne!

laguna Colorado
Laguna Colorado

laguna Colorado w Boliwii
Laguna Colorado w Boliwii

laguna Colorado na Atacamie

laguna różowa
Przecudna, różowa laguna

roślinka    rośliny na skałach
Takie roślinki rosną na skałach nad jeziorem

ja
Jak widać, tu już byłam w formie

Wiola
Wiola nad laguną

AsiaK
A tu Asia K. nad różową laguną

Po półgodzinnej dalszej jeździe dojechaliśmy na pustynię z różnymi formacjami skalnymi Arbol de Piedra w Potosi . Najwspanialszy był grzyb skalny z cudnie przechodzącymi z jednej barwy w drugą rzeźbieniami. To miejsce jest jednym z punktów charakterystycznych Rezerwatu Fauny Andyjskiej Edvardo Avaroa. Zadowolona, latałam od skały do skały, cykając zdjęcia.

dżipy
Przystanek w Rezerwacie Fauny Andyjskiej przy skałach

Andy
Andy

Arbol de Piedra
Arbol de Piedra>

ja przy grzybie
Skały Arbol de Piedra na tle Andów

grzyb skalny
Grzyb skalny przecudnej urody

ja przy grzybie
Każdy musiał sfotografować się przy takim grzybie

Asia O

erozja    skała
Ciekawe przykłady erozji wietrznej

na  skale
Odpoczywam na skale...

ja
Ta skała też nadaje się do uwiecznienia razem ze mną :)

Zza ośnieżonych szczytów wulkanów przesuwały się w naszą stronę nieprzyjemne chmury, które wkrótce okazały się być śnieżnymi. Padający śnieg z deszczem wkrótce zmienił scenerię pustyni na zimową. Znajdowaliśmy się na przełęczy na wysokości powyżej 4000 m. Jechaliśmy, już nie zatrzymując się, obok rdzawych, wulkanicznych bloków skalnych. Dopiero, gdy śnieg przestał padać zrobiliśmy krótki przystanek na toaletę przy skałach z widokiem na jezioro z flamingami.

wulkaniczne bloki
Pustynia Atacama

szpica

pustynia Atacama
Przed nami jezioro, będące dużym siedliskiem flamingów

Atacama i Andy
Atacama i Andy - niezapomniany widok

flamingi
Flamingi nie stały blisko brzegu, udało mi się je zrobić dużym zoomem

flamingi2

Od tego czasu zjeżdżaliśmy już tylko w dół. Zimno, ponuro, góry nieprzystępne, zamglone... Po godzinie jazdy następny przystanek na drodze przy kolejnych skałach już nie wykrzesał z nas entuzjazmu, choć skały były bardzo ciekawe – jedna przypominała orła, inna - słonia. Wiola, które ma chorobę lokomocyjną, pochorowała się. Ja za to czułam się już dobrze. Może też dlatego, że w deszczu już nie kurzyło i w samochodzie było lepsze powietrze.

droga wśród skał
Pustynia Atacama - droga wśród skał

orzeł
Skała orzeł

słoń
Skała słoń

żółw
A tu widać żółwia

droga
Stamtąd przyjechaliśmy

dalej w droge
I dalej w drogę...

Zjechaliśmy wreszcie na bitą, szeroką drogę i pomknęliśmy w dół. Śnieg ustąpił miejsca coraz większemu deszczowi, co zmieniło nam aurę z zimowej na jesienną. Im bardziej oddalaliśmy się od Andów i kończył się dzień, tym bardziej deszcz zamieniał się w ulewę. Nocna jazda przypadła nam już na tereny płaskie. W świetle reflektorów widzieliśmy z obu stron drogi rozmokłe tereny, jakbyśmy jechali groblą przez pola zalane wiosennymi roztopami. W końcu, około północy, po kilkunastogodzinnej i kilkuset kilometrowej podróży przyjechaliśmy do Uyuni. Z jaką ulgą weszliśmy do ciepłego i ładnego hotelu! Niektóre osoby z drugiej grupy wściekały się, że ich bagaże zupełnie przemokły pod niedbale założonymi plandekami. Nam na szczęście nic nie przemokło. Po zimnej kolacji i prysznicu z ulgą wyciągnęłam nogi w łóżku.

Szczęśliwie zmęczenie i dolegliwości mijają szybko a wrażenia z takiego niezwykłego dnia pozostają na zawsze.. Jednego dnia na jednej pustyni mieliśmy słoneczne lato, ośnieżoną zimę, jesienną pluchę i wiosenne roztopy. I widoki niezapomniaych barwnych lagun na tle gór.


solisko   Uyuni - największe solisko świata



Powrót do strony głównej o Ameryce Południowej

Powrót do strony głównej o podróżach

mail